Translate

wtorek, 27 września 2016

Od Autorki czyli ode mnie 😄

Hej wszystkim!
Chciałam od razu podziękować tym którzy poświęcają swój cenny czas aby przeczytać moje amatorskie bazgroły 😄 Śmiało piszcie w komentarzach co wam się podoba w historii, co nie a czego nie zrozumieliście 😊 Postaram się niedługo dodać kolejny rozdział. Szybkość dodawanych rozdziałów będzie zależeć od tego ile będę miała nauki, więc raczej nie uda mi się ich dodawać regularnie. Od razu ostrzegam 😉 Historię którą będę tu pisać możecie również przeczytać na Wattpadzie, jak kto woli 😊 https://www.wattpad.com/user/MaddieVenus Na razie to chyba tyle z mojej strony. Do usłyszenia 😊😘

Rozdział 1: Aisira



Słońce leniwie wznosiło się ku górze oświetlając pole bitwy. Niegdyś piękny biały śnieg teraz skrzył się szkarłatem. Mroźny wiatr niósł ze sobą zgrzyt uderzanych o siebie mieczy i krzyki nieszczęśników, których ciała były właśnie rozrywane przez potężne pazury, bądź ostre kły. Powietrze aż iskrzyło się od uwalnianej z placu bitwy sarii. Aisira stała na wzniesieniu, a jej biała zbroja błyszczała w słońcu. Koło niej rozległo się wycie. Demoniczna bestia zachwycona zapachem krwi niecierpliwie drapała pazurami o ziemię, czekając, aż pozwoli mu ruszyć na plac bitwy. Ona jednak nie zwracała na niego uwagi, zamiast tego w skupieniu obserwowała rozgrywającą się przed nią bitwę. Jej uwagę przyciągnął człowiek w złotej zbroi, który przymierzał się do zadania kolejnego ciosu. Na jego twarzy rysował się szyderczy uśmiech. Nie wiedziała skąd to wie, ale była przekonana, że on nie może się doczekać kiedy ją zabije, a ranienie tych, którzy są dla niej ważni sprawia mu przyjemność. Ogarnęła ją złość, a jej saria otoczyła ją tworząc białą poświatę. Ta wojna to jego wina, to on był prawdziwym wrogiem i to jego musiała zabić. Ruszyła w jego stronę, lecz ledwie zrobiła krok, a przy jej twarzy przemknął sztylet, który wbił się w będące obok zlodowaciałe drzewo.
-Jaki pech, jednak nie trafiłem.
Ton głosu napastnika był kpiący, jednak wiedziała, że nie mówił poważnie. Znała go, ale równocześnie nie wiedziała kim jest. Czuła jednak, że nie zniżyłby się do ataku z zaskoczenia. Uspokoiła się, już nie czuła potrzeby zabijania, jednak jej saria pozostała aktywna.
-Nie chce z tobą walczyć. To nie ty jesteś moim wrogiem.
Jej spokojny ton wyraźnie irytował wojownika. Bestia przy jej nodze zawarczała ostrzegawczo, gotowa w każdej chwili skoczyć na przeciwnika.
-Uważasz, że nie dam rady cię pokonać? Że jestem zbyt słaby? Zobaczysz potworze, jak silny się stałem od naszego ostatniego spotkania.
Nie mogła przypomnieć sobie kiedy go wcześniej spotkała. Mężczyzna uniósł miecz gotowy do walki. Kim on jest? Dlaczego nazywa mnie potworem? Co się tu dzieje? Aisira miała coraz większy mętlik w głowie. Słyszała jak ktoś z walczących ją woła, ale nie była w stanie spojrzeć w tamtą stronę. Nie mogła odwrócić wzroku od zmierzającej w jej stronę postaci, od mężczyzny, który wydawał się szlachetny, lecz chciał ją zabić. Gdy zamachnął się aby zadać cios, siedząca u jej stóp bestia skoczyła i wgryzła się w rękę napastnika. Aisira nadal nie wiedząc za bardzo co się dzieje, wyczuła nagle w swojej dłoni lodowy miecz, podniosła go i....
Obudziły ją promienie słońca wpadające przez małe okienko jej chatki. Leniwie przeciągnęła się na łóżku i rozejrzała się dookoła, aby upewnić się, że w nocy żaden nieproszony gość nie dostał się do środka. Pomieszczenie nie było duże i nie miała w nim zbyt dużo przedmiotów. Twarde, drewniane drzwi pozostały zaryglowane, wewnątrz dużej, starej szafy, której drzwi specjalnie pozostawiła otwarte, było tylko parę jej ubrań i mała skrzyneczka do której chowała pieniądze. Obok kominka, na kamiennej szafce znajdował się specjalnie wygładzony kamień ognisty, na którym mogła czasem przyrządzić jakieś skromne posiłki, a ponad nim znajdowało się kilka szafek, w których trzymała swoje nędzne zapasy. Chatka była skromna, lecz Aisira nie narzekała. Rok wcześniej, po śmierci poprzedniego właściciela, udało się jej wywalczyć prawo do mieszkania tutaj, a własny kąt dla osoby, która wychowała się na ulicy było jak spełnienie marzeń. Powoli podniosła się i sięgnęła po grzebień, który trzymała na małym stoliczku koło łóżka. Szybko rozczesała swoje długie, białe włosy i zabrała się do czesania ogona. Należała do rasy Inri, rasy, która pierwotnie zamieszkiwała krainę Tesaros, zanim przed wiekami z nieba przybyli ludzie. Przedstawiciele tej rasy nie różnili się bardzo od ludzi, a przynajmniej na początku swojej "ewolucji". Inri rodzili się wyglądając jak ludzkie dzieci, z tą różnicą, że mieli cienkie ogony i uszy, które kształtem przypominały kocie. Inri w ciągu swojego życia mogły "ewoluować", wszystko zależało od tego, jak bardzo się wzmocniły. Ich ewolucja była związana z tym, jaką posiadali sarie. Nikt nie był do końca pewien, czym do końca jest saria, powszechnie mówiono, że jest to energia wypływająca z duszy i mogąca przybierać cielesną formę. Im wyższą formę ewolucji miał inri, tym potężniejsza była jego saria. Jednak od wielu wieków, nikt nie był w stanie osiągnąć wyższej ewolucji, niż trzeciego poziomu. Z tego właśnie powodu ludzie, którzy kiedyś w nieznany w tych czasach sposób zdobyli sarie, mieli większą moc od inri, ponieważ nie ograniczała ich bariera, która pojawiała się na trzecim poziomie ewolucji. Aisira różniła się od swojego gatunku. Jej ogon nie był cienki, lecz gruby i puszysty, jak ogon lisa. Również jej uszy były dużo dłuższe, niż innych, a także zarówno ogon jak i uszy miała koloru białego, podczas gdy wszyscy mieli je albo brązowe albo rude. Jej saria także była niezwykła. Posługiwała się sarią lodu, śniegu i mrozu. Pomimo poszukiwań, Aisiri nie udało się znaleźć żadnych informacji o kimkolwiek, kto również posiadałby taką sarie. Dziewczyna kończąc pielęgnację ogona, podniosła się z łóżka i ruszyła w stronę szafek z jedzeniem. Wyjęła resztkę suszonych owoców i szybko zjadła.
-Jeśli na dzisiejszy występ znowu przyjdzie ta bogata panienka, może uda mi się kupić coś lepszego do zjedzenia.
Zamknęła pustą już szafkę i zaczęła przebierać się w przygotowany na występy strój. Była uliczną tancerka, a zarazem śpiewaczką. Jej kostium składał się z wiązanej na szyi i kończącej się pod biustem bluzeczki i sięgającej do kostek prostej i zwiewnej spódnicy z dwoma rozpoczynającymi się w połowie ud rozcięciami. Zarówno bluzeczka jak i spódnica miały barwę błękitu i były zdobione małymi, białymi śnieżynkami. Do tego nosiła białe sandałki wiązane pod kolanem. Cały strój pokrywała lekkim szronem, co nadawało mu połysku i chroniło przed kurzem i brudem. Cały kostium był bardzo drogi i była w stanie go kupić dopiero trzy miesiące temu, a występowała w nich od dwóch tygodni. Najwięcej czasu zajęła jej nauka wymieniania co parę minut szronu na nowy, bez rozpraszania się podczas tańca i śpiewu. Było to trudne, lecz opłaciło się. Już po pierwszym dniu występów, pozwolono jej się przenieść do dzielnicy Sasa, będąca jedną z najbogatszych w stolicy. W jeden dzień zarabiała tam tyle, ile wcześniej w rok. Bogaci ludzie nie tracili czasu na wymianę pieniędzy i rzucali jej srebrne monety. Jakby tego było mało, od paru dni przychodziła ją oglądać panienka, która rzucała jej złoto. Musiała być albo bardzo bogata, albo głupia. Aisiri to nie przeszkadzało. Tak długo jak dostawała pieniądze, mogły ją słuchać nawet Nais, potwory z legend.
-Czas ruszać do pracy!
Zamknęła szczelnie drzwi pokrywając zamek i zawiasy lodem i ruszyła biegiem do miasta. Strażnicy bramy przywitali ją skinieniem głowy, a ona odpowiedziała im szerokim uśmiechem. Była jedyną osobą, którą nie sprawdzili przed wejściem do miasta i ludzie, którzy pomimo wczesnej pory czekali już w kolejce, aby wejść do stolicy zerkali na nią złowrogo. Miasto Hori było stolicą królestwa Ogis, największego państwa w tych czasach. Rozwijała się tu zarówno sztuka, nauka jak i złodziejstwo. Aisira zanim dotarła na miejsce, gdzie planowała tego dnia występować, zdążyła zwinąć pięć sakiewek. Nie było to specjalnie trudne, gdyż po całym życiu spędzonym na ulicy umiała już odróżnić ludzi, którzy wierzyli że ich pieniądze są bezpieczne, od tych, którzy zabezpieczali sakiewki łańcuszkiem przypiętym do ubrania. Fontanna przy której występowała, jak zawsze była pusta, gwardziści przepędzali ulicznych grajków, bowiem szlachcianki nie chciały oglądać nędznie ubranych "żebraków". Aisira była wyjątkiem. Zadbany drogi strój, jej naturalna uroda i drobne przekupstwo zagwarantowały jej przychylność gwardzistów, którzy zgodzili się, aby jednego dnia wystąpiła przy fontannie, a ponieważ jej śpiew i schludny wygląd spodobały się szlachetnie urodzonym i nikt nie skarżył się żeby ją usunąć, pozwolono jej tu występować na stałe.
-Aisira!
Zaskoczona nagłym wołaniem rozejrzała się wokół. Z jednego z okolicznych sklepików machała do niej tęga kobieta nakazując, aby podeszła. Białowłosa szybko podbiegła i lekko schyliła głowę.
-Dzień dobry pani Shren.
Tęga kobieta o czarnych, przeplatanych siwizną włosach uśmiechnęła się zadowolona. Jak prawie wszyscy, którym udało się wybić do dzielnicy Sasa, uważała, że należy się jej taki sam szacunek, jak jej bogatym klientom. Aisira dowiedziała się o tym jeszcze zanim zaczęła tu występować, dlatego szybko zdobyła sympatię okolicznych sklepikarzy i karczmarzy.
-Dziecko! Nie uwierzysz co się stało! Był u mnie rano lord Derin, wiesz o kim mówię, prawda?
Dziewczyna nie miała pojęcia, ale kiwnęła potakująco głową. Żona złotnika mogła mówić godzinami, więc nie chciała jej do tego zachęcać.
-A więc jak już mówiłam, był on u mnie dzisiaj I nie uwierzysz! Pytał o ciebie! Jestem pewna, że musiał się w tobie zakochać!
Aisira w przeciwieństwie do uradowanej kobiety nie cieszyła się tym pomysłem. Oczywiście była piękna, było to zasługą trzeciego poziomu ewolucji. Jednak skutkowało to tym, że nie ufała mężczyznom, ponieważ, gdy jakiś jej szukał, to najczęściej dlatego, że chciał zrobić z niej swoją kochankę. Denerwowało ją to, że najczęściej uważano, że ładna dziewczyna, która pracuje na ulicy od razu zgodzi się sprzedawać swoje ciało. W biedniejszych dzielnicach wiedziano, że taką propozycją tylko ją zdenerwują. Popularna była plotka, że zamieniła w sopel lodu mężczyznę, który próbował ją zgwałcić. Nie była to do końca prawda, zamroziła tylko pewną cześć jego ciała, upewniając się że już nie będzie jej nachodzić, a także mieć dzieci. Jednak ta plotka, nie dotarła do bogatych dzielnic i w ciągu dwóch tygodni, w których występowała przy fontannie miała już trzy propozycje bycia utrzymanką. Pani Shren widząc jej minę przestała się uśmiechać, a potem spojrzała na nią współczująco. Przed starszą kobietą nic nie dało się ukryć, a Aisira odmawiając takich propozycji zyskała u niej szacunek.
-Właściwie, to zapomnij o czym mówiłam, nie ma co marnować czasu na tych bogaczy. A teraz...
Kiwnęła dyskretnie głową na mężczyzn, którzy udając, że oglądają pobliskie wystawy przypatrywali się Aisiri.
-Twoi widzowie czekają, nie będę cię już zatrzymywać.
Białowłosa uśmiechnęła się do żony złotnika i ruszyła w stronę fontanny.
Położyła na ziemi torbę, w której ukryła skradzione sakiewki i wyciągnęła metalową miseczkę pomalowaną specjalnie, aby pasować do stroju, na niebiesko i z namalowanymi białymi śnieżynkami. Gdy kładła miseczkę na ziemi, zdążył już zgromadzić sie wokół niej spory tłum. Dzieci z zaciekawieniem patrzyły na jej uszy i ogon, inri byli tutaj rzadkością, a ona sama różniła się od swojej rasy. W tym kraju do rodziny królewskiej i do szlachty należeli tylko ludzie, inri należeli do najniższej warstwy społeczeństwa lub byli niewolnikami. Aisira zamachała ogonem wywołując pisk zachwytu u dzieci. Dziewczyna uśmiechnęła się i rozpoczęła swój występ.
-Wielki panie spójrz, dostrzeż dzieci swe. Podnieś swoją dłoń, osusz nasze łzy. Przynieś nam radość, taniec i śpiew. Przyjdź do nas wielki panie! Zabierz to zło, zabierz ten ból, oddaj nam wolną ziemię. Damy ci panie diamentów stos więc proszę ratuj nas. Sa la li la sa la li la, nadchodzi pan wspaniały. Sa la li la sa la li la, nadchodzą wielkie zmiany.
Dzisiejsza piosenka różniła się od tych, które zazwyczaj śpiewała. Zwykle śpiewała długie i skomplikowane pieśni o władzy bądź miłości. Ta piosenka była prosta i Aisira śpiewała ją w kółko wykonując równocześnie płynne ruchy w tańcu. Ludzie nie zwracali uwagi na słowa jej piosenki, wsłuchując się w melodyjność jej głosu. Jednak ci, do których skierowana była pieśń zrozumieli. W oczach niewolników dźwigających rzeczy swoich panów zabłysły iskierki nadziei. Dziewczynie ścisnęło się serce, tylko to była w stanie im dać-nadzieję. Po kilku powtórzeniach zaczęła ponownie swoje zwyczajne pieśni. Nie przerywała śpiewania nawet, gdy opróżniała miseczkę z pieniędzmi, wplatając to do swojego tańca. Jej występ trwał do wieczora. Gdy umilkła, rozległy się brawa i brzdęk rzucanych monet. Większość widzów zmieniała się w ciągu dnia, lecz byli i tacy, którzy stali przy fontannie cały dzień słuchając jej jak zaczarowani. Kiedy chowała miseczkę do torby, widzowie zaczynali się niecierpliwić. Zaśmiała się i włożyła dłoń do wody w fontannie, a po chwili wyciągnęła ją trzymając już zrobioną z lodu róże. Codziennie po występie dawała ją jednemu z widzów. Pomimo tego, że róża topniała następnego dnia wiele szlachcianek chciało ją chociaż raz dostać, dlatego wręcz kazały swoim adoratorom dawać Aisiri pieniądze podczas występu, aby zwiększyć swoje szanse na otrzymywanie jej. Aisira pomimo wielu próśb nie sprzedawała lodowych kwiatów, zamiast tego codziennie po występie dawała róże jednej osobie w prezencie. Tym razem podeszła do głupiej bogaczki, która rzucała jej złote monety.
-Jak masz na imię pani?
Dziewczyna ukrywająca się pod czerwoną peleryną spojrzała na nią zaskoczona.
-Linli.
Aisira uśmiechnęła się promiennie i wykonała pełen gracji ukłon.
-A więc panienko Linli, lodowa róża dzisiejszego wieczoru należy do ciebie.
Białowłosa ukłoniła się ponownie i zarzucając torbę na ramię ruszyła w stronę piekarni. Piekarz widząc ją w drzwiach uśmiechnął się szeroko.
-Witam moją stałą klientkę, dalej dokarmiasz te bezdomne zwierzaki? 
-Oczywiście, że tak, więc ile dziś dla mnie masz?
Piekarz się uśmiechnął i wyciągnął z pod lady przygotowany wcześniej koszyk z chlebami.
-Masz szczęście, z wczoraj zostało dziesięć chlebów, a wiesz, że moi klienci kupują tylko świeże.
Dziewczyna tylko pokiwała głową i wręczyła mężczyźnie srebrną monetę. Było to trochę drogo, jak na wczorajszy chleb, ale przynajmniej zawsze miała pewność, że były dobrze zrobione. Odpuściła sobie wizytę u rzeźnika postanawiając później sama coś upolować i od razu udała się do niższego miasta. Im bliżej była swojego celu, tym bardziej ulice były obskurne i zniszczone. Jednak złodziejaszki i miejscowi bandyci nie zbliżali się do niej. Zanim zaczęła zarabiać na życie śpiewem i tańcem, była jedną z trzech "przywódców", którzy rządzili na ulicach. Pomimo, że teraz dbając o wygląd i nowy wizerunek nie wdawała się w bójki, tytuł jej pozostał. Po około dwudziestu minutach była na miejscu, w najstarszej części miasta. Budynki w większości były już w ruinie, a ulica zamiast być pokryta kamieniami tonęła w błocie. Aisira tworzyła przed sobą lodową ścieżkę, cały czas marszcząc z obrzydzeniem nos. Zapach w tej okolicy nie należał do najlepszych, a ludzie w łachmanach, którzy spali w zrujnowanych domach i nie kapali się od miesięcy nie poprawiali tej sytuacji. Nagle z bocznej uliczki wybiegła mała dziewczynka inri. Była w podartej sukieneczce i cała pomazana błotem. Widząc Aisire przyśpieszyła i szybko schowała się za białowłosą. Z uliczki, z której przebiegła wyskoczył mężczyzna z malującą się wściekłością na twarzy. Nie zwracając zbytniej uwagi na Aisire zamachnął się, aby uderzeniem odepchnąć ją na bok i po chwili zawył z bólu. Mężczyzna zamiast w białowłosą uderzył w utworzoną przez nią lodową ścianę z ostrymi kolcami. Patrzył przez chwilę zaskoczony w złote oczy Aisiry, a gdy pierwsze zaskoczenie minęło rozpoznał ją i skamieniał z przerażenia. Dziewczyna lekko nachyliła się w jego stronę, a jej źrenice zwężyły się w pionowe kreski. Spokojnym i delikatnym głosem wyszeptała mężczyźnie do ucha.
-Precz.
Niedoszły napastnik natychmiast rzucił się do ucieczki, ślizgając się na mokrym błocie. Mała dziewczynka uśmiechnęła się szeroko w ostatniej chwili powstrzymując się, aby nie uściskać i przy okazji nie budzić błotem swojej wybawczyni.
-Dziękuję.
Aisira tylko machnęła ręką. Takie sytuacje były w tej dzielnicy codziennością, więc małe dzieci bez opieki szybko tu ginęły.
-Musisz nauczyć się bronić. On był człowiekiem, może i mogą mieć potężniejszą sarie, ale ty jesteś inri. Masz lepszy słuch, węch, wzrok i jesteś szybsza. Musisz też ćwiczyć swoją sarie, może nie będziesz najpotężniejszą wojowniczką, ale to wystarczy żeby przeżyć na ulicy, rozumiesz?
Dziewczynka pokiwała potakująco głową nie przestając się uśmiechać i wesoło zamachała ogonem. Aisira westchnęła ciężko.
-Nie ważne, chodźmy już. Reszta pewnie już czeka.
Białowłosa od jakiegoś czasu dokarmiała grupkę bezdomnych dzieci. Było jej ich żal dlatego zaczęła przynosić im co wieczór chleb. Wieść szybko się rozniosła i wszyscy w okolicy wiedzieli że dokarmia "kociaki", dodatkowo uznano, że dzieci znajdują się pod jej opieką dzięki czemu przez większość czasu były one bezpieczne. Zdarzały się jednak wyjątki, tak jak dzisiaj. Jednak na to nie mogła nic poradzić. Bogaci ludzie patrzyli na inri z góry, a biedni je gnębili. Na ulicy każdy dzień był walką, dlatego każdy się dziwił, że ona, której udało się stąd wyrwać, wraca tutaj każdego wieczora. Kiedy minęła kolejny zakręt dostrzegła grupkę dzieci, jej kociaki pisnęły z radością na jej widok. Każdego wieczora ich odwiedzała, leczyła rany i dokarmiała. Dla niektórych chleb, który przynosiła był jedynym posiłkiem w ciągu dnia. Ale nie mogła dać im więcej. Na ulicy ten, kto dużo robi dla innych krótko żyje. Grupka jej kociaków liczyła 16 dzieci, najmłodsze miało cztery lata a najstarsze dziesięć.
-Mam coś dla was kociaki.
Połamała osiem dużych chlebów na pół i wręczyła każdemu po połowie. Dzieci z uśmiechem szybko pochłaniały swoje porcje, a następnie z wyczekiwaniem wpatrywały się w Aisire. Dziewczyna się roześmiała i machnęła ręką.
-Nie mam dzisiaj dla was żadnego zadania. Jesteście wolne.
Dzieci były świetnymi szpiegami, a kociaki chętnie odwdzięczały się jej za jedzenie zdobytymi informacjami. Na wiadomość o wolnym wieczorze, dzieci rozbiegły się we wszystkie strony. Aisira uśmiechnęła się i ruszyła w stronę bramy wyjściowej z miasta. Droga powrotna do chatki zajęła jej dłużej niż zazwyczaj, zarobiła tego dnia dość sporo i aby uniknąć potencjalnych złodziei na targu, którym zwykle wracała do domu, musiała wybrać dłuższą drogę. Na początku sprawdziła lodowe zabezpieczenia, były całe co oznaczało, że nikt nie dostał się do środka. Usunęła lód i z uśmiechem weszła do chatki. A raczej prawie. Zamarła w progu. W środku ktoś był. Na podłodze leżała poraniona postać, z ran wciąż sączyła się krew. Intruz miał olbrzymie, błoniaste skrzydła i najeżony kolcami jakby gadzi ogon. U rąk miał długie, szpiczaste szpony, a z twarzy zwróconej w jej stronę obserwowały ją jego złotoczerwone oczy rozszerzone z.... zaskoczenia? Aisiri przychodziło do głowy tylko jedno kim mógł być. Demon z dawnych legend, potwór który pożera duszę i ciało tym samym przejmując wspomnienia swojej ofiary. Nais.
Do jej uszu dodarł ledwie słyszalny szept, który mógł należeć tylko do intruza.
-Pomóż mi....