Translate

środa, 14 grudnia 2016

Rozdział 8: Aisira


Przenikającą ciszę przerwał plusk wody. Który to już z kolei? Aisira nie była pewna. Z tego co udało jej się stwierdzić, pluski powtarzały się co dwieście sekund. Nie wiedziała jednak z której strony dochodzą. Siedziała na małej skale, a wokół niej, aż po horyzont była tylko woda. Księżyc, będący w pełni, oswietlał swoim srebrnym blaskiem powierzchnie wody, ukazując tym samym ledwie dostrzegalne cienie pływających pod powierzchnią dziwnych, rybopodobnych istot. Ten spokój zaczynał ją denerwować. Nie mogła znieść tej ciszy.
-Piękny Księżycu, mój srebrny panie,
Daje ci w darze moje oddanie.
Czy to na wojnie, czy gdy jest pokój,
Będę przy tobie, obronie twój spokój.
Przy twoim boku, będę wciąż stać,
Według twych zasad od dzisiaj grać.
W srebrnym twym blasku, skompane me włosy,
Za tę ich barwę wielbię niebiosy.
A oczy moje w gwiezdnym kolorze,
Będą patrzeć na ciebie i na łez twych zorze.
Więc Srebrny Panie, spełnij me życzenie,
I swą poddaną przygarnij do siebie.
Aisira uśmiechnęła się słysząc swój głos który chociaż na chwilę przerwał wszechobecną ciszę. Zamknęła oczy, wiedziała że to sen lecz nie była w stanie się obudzić. W każdym swoim śnie była na jakiejś wojnie lub w jakimś dziwnym pałacu, ale teraz była sama. Wiedziała że gdyby zeszła z kamienia do wody spotkałaby te istoty które tam pływają. I to ją przerażało. Wiedziała że otacza ją morze, mistyczna wielka słona woda która podobno była ukryta za lodowcem, mało kto wierzył w jej istnieni. Kraina Tesaros z prawie wszystkich stron otoczona była olbrzymimi górami niemożliwymi do przebycia. Tylko w jednym miejscu, na północy, nie było gór. Tam właśnie znajdował się wielki lodowiec. Krażyły o nim liczne legendy. Że zamknięci są w nim nais, że jest on bramą do krainy bogów, że ukryte jest za nim morze, a także że lodowiec tak naprawdę jest trzynastym bogiem który zapadł w sen, a pozostali bogowie aby nikt nie zakłócił jego snu okryli go lodem.
-Przyjmuje twoją przysięgę.
Aisira zaskoczona otworzyła oczy. Parę metrów przed nią stał…nais? Mężczyzna nie miał zwierzęcych uszu ale była pewna że nie był człowiekiem. Jego uszy były dłuższe od ludzkich, a na głowie miał coś przypominające rogi. Jego oczy mieniły się na przemian złotem i granatem, a długie, proste, ciemne włosy powiewały w powietrzu pomimo że nie było żadnego wiatru.

-Jesteś nais?
Czarnowłosy lekko się uśmiechnął i pokręcił przecząco głową.
-Jestem czymś lepszym.
Nieznajomy zrobił parę kroków w jej stronę. Nie była pewna czy idzie po wodzie czy po prostu unosi się nad nią.
-Kim jesteś?
Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego przechylił głowę jakby dogłębnie zastanawiał się nad odpowiedzią.
-Jestem niebem. Księżycem i gwiazdami. Jestem wojną, jestem śmiercią. Jestem aniołem, jestem demonem. Jestem wrogiem, jestem przyjacielem….
-Jesteś Bogiem?
Spojrzał na nią zaskoczony po czym usmiechną się leniwie.
-Nie, Bóg jest tylko jeden pomimo że ludzie sądzą inaczej. Jestem ostatnim który pozostał z pierwszych.
-Nie rozumiem tego co mówisz.
Nieznajomy westchnął jakby lekko zirytowany.
-No tak, zapomniałem jak po tej głupiej wojnie wasze umysły zostały ograniczone.
Aisira spojrzała na niego zaskoczona, co prawda znała wiele piosenek mówiących o wojnie ale w erze świtu nie było żadnej wojny, a trwała ona od tysiąca lat.
-O jakiej wojnie mówisz?
-Wojna wywołana przez głupców z powodu głupiej kobiety może być nazwana tylko głupią, prawda?
Dziewczyna odruchowo przytakneła po czym sobie uświadomiła co robi.
- Ale nie o to mi chodziło…
Mężczyzna machnął ręką i podszedł stając zaledwie dwa kroki przed nią.
-To nie jest ważne. Jestem Cerion, a ty kim jesteś?
-Aisira…
Cerion jednym szybkim ruchem, zanim zdążyła się zorientować, wbił sobie ostre pazury w prawą dłoń tworząc cztery krwawiące rany, złapał ją za rękę, przejechał pazurami po wewnętrznej stronie stronie jej dłoni tworząc krwawiąca szrame i splótł jej dłoń ze swoją sprawiając że ich krew się wymieszała.
-Co ty…
Słowa uwięzły jej w gardle gdy Cerion podniósł ich dłonie i zlizał wypływającą spomiędzy nich krew.
-Twoja przysięga została przypieczentowana.
Aisira przestraszona wyrwała rękę i cofnęła się prawie spadając ze skały.
-Jaka przysięga?
Cerion wyszczerzył zęby w uśmiechu, ale nie był to miły uśmiech.
-Złożyłaś przysięgę ksieżycowi, a jak już wspomniałem, ja jestem księżycem. Więc należysz do mnie.
Dziewczyna szybko pokręciła głową.
-Nie, nieprawda. To tylko piosenka. Nic więcej.
Mężczyzna zaśmiał się szyderczo.
-Słowo raz wypowiedziane nie może być cofnięte. Spójrz na swoją dłoń na niej masz dowód.
Białowłosa szybko spojrzała na wnętrze dłoni. Rana już zdążyła się zagoić, lecz w miejscu pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym pojawiła się blizna przypominająca pół księżyc płatek śniegu. Niemożliwe aby coś takiego powstało naturalnie.
-Nie chcę tego! Zabierz to!
Cerion znowu się zaśmiał.
-Będziesz tego chciała, uwierz mi. To co masz na ręce ochroni cię przed najgorszym potworem jaki chodzi po ziemi.
Jego głos był drwiący. Aisira pragnęła uciec jak najdalej stąd ale nie była w stanie zamrozić wody. Jakby jej saria tu nie działam. Zadała więc pytanie nie pewna czy chce znać na nie odpowiedź.
-Kto jest tym potworem?
Cerion nachylił się i wyszeptał wprost do jej ucha.
-Ja.
W tym momencie z wody wynurzyło się wiele par rąk które chwyciły Aisire i wciągnęły do morza. Ostatnie co słyszała to szyderczy śmiech mężczyzny….
Aisira obudziła się z krzykiem. Ciężko dysząc uświadomiła sobie że jednak nie tonie. Śmiejąc się sama z siebie przyciągnęła się leniwie na łóżku.
-Wszystko w porządku?
Przestraszona drgnęła na dźwięk obcego głosu w jej domu i szybko odsunęła się pod ścianę. Zbyt szybko. Jej głową zderzyła się ze ścianą, a ból tym spowodowany szybko zmienił jej strach w złość. Spojrzała na intruza i dopiero po chwili uświadomiła sobie kim był. To był Arach. Stał przy łóżku patrząc na nią z mieszaniną zdziwienia i troski w oczach. Przypomniała sobie co działo się w nocy, jak nie mogła wydostać się z chatki i jak zasnęła pod drzwiami. Zmarszczyła brwi zastanawiając się w jaki sposób znalazła się na łóżku.
-Wszystko w porządku?
Arach powtórzył swoje pytanie i dziewczyna z zaskoczeniem stwierdziła że mówi w języku powszechnym, ale jego wymowa była bardzo dziwna. Brzmiała jakby nais oprócz wymawianych słów lekko powarkiwał. Dobrze znała obce języki, a strach jaki ją ogarnął gdy znalazła w domu intruza sprawił że nie zwróciła uwagi że w nocy poprosił ją o pomoc w języku powszechnym..
-Tak, w porządku. Znasz tylko ten język?
Nais uśmiechnął się i widocznie mu ulżyło że go rozumie.
-Nie. Znam jeszcze kilka ale nie ten którym mówiłaś.
Dziewczyna była zaskoczona. Co prawda w nocy się prawie nie odzywał ale była pewna że ją rozumie. Nagle przeszły ją dreszcz. Rozmawiała z nais! Może wyglądał teraz podobnie jak inri ale pamiętała jak wyglądał gdy się tu pojawił. Przecież był potworem!
-Boisz się.
Dziewczyna się wzdrygnęła.
-Nie, ja po prostu...
Aisira spojrzała na drzwi od razu sobie przypominając że w nocy nie chciały się otworzyć. Za nią było okno ale nie była pewna czy i ono z niewiadomych powodów nie da się otworzyć. W ten sposób nie uciekłaby, a tylko rozłościłaby nais.
-Już rozumiem. Boisz się kogoś kto może tu przyjść, prawda? W nocy też zasnęłaś pilnując ich. Nie musiałaś. Zabezpieczyłem dom resztką sarii którą miałem, aby nikt nie mógł się tu dostać.
Dziewczyna patrzyła na Aracha rozszerzonymi z zaskoczenia oczami. Co miała odpowiedzieć? Nie, to ciebie się boję? Albo, nie pilnowałam drzwi tylko po prostu przeszkodziłeś mi w ucieczce? Nie była na tyle głupa żeby coś takiego zrobić. Zadała więc jedyne pytanie które w tej sytuacji wydawało się odpowiednie.
-Jak znalazłam się w łóżku?
Nais wydawał się lekko zawstydzony. Jego zachowanie sprawiało że coraz mniej się bała.
-Wybacz. Gdy tylko się obudziłem I zobaczyłem że śpisz pod drzwi od razu przeniosłem cię na łóżko. Wiem że to zniewaga pozwolić kobiecie spać na ziemi podczas gdy samemu śpi się na łóżku. Jednak byłem wczoraj tak osłabiony że nie byłem w stanie się już podnieść. Wybaczysz mi?
Aisira nie była pewna co myśleć. Z każdym kolejnym słowem Arach coraz mniej przypominał jej wyobrażenie o nais. A może po prostu tak zwodził ofiary?
-Nie mam ci czego wybaczać. Chcąc, nie chcąc jesteś teraz pod moją opieką więc to oczywiste że nie możesz spać na ziemi.... Właściwie dlaczego się tu znalazłeś?
Dziewczyna przyglądała się chwilę jak chłopak zastanawia się i dopiero do niej dotarło że wygląda inaczej niż poprzedniego wieczoru. Jego uszy nie przypominały już ludzkich ale wilcze, gadzi ogon zniknął, a końce jego włosów zrobiły się lekko brązowe.

- Czemu twój wygląd się zmienił?
Mówiąc to pociągnęła się za ucho aby pokazać o co dokładnie jej chodzi. Arach zmarszczył brwi jakby nie rozumiejąc czemu pyta o coś takiego.
-Tak się łatwiej poluje. A wracając do twojego poprzedniego pytania, wyczułem twoją sarię, jest bardzo podobna do sari kogoś kogo znałem. Potrzebowałem uzdrowiciela a pamiętałem że on nim był. Postanowiłem zaryzykować. I w ten sposób myśląc że przenoszę się do niego, przeniosłem się do tego domku.
Aisira przyglądała mu się w milczeniu. Czyli to prawda że nais mogą kontrolować wygląd ale co miał na myśli “przeniosłem się”? Może po prostu źle zrozumiała i tak naprawdę powiedział “przyszedłem”? I czy powinna mu zaufać? Gdyby chciał ją skrzywdzić już by to zrobił, prawda. Jej rozmyślania przerwał cudowny zapach który zaczął się roznosić po chatce. Spojrzała w kąt który służył za kuchnię i rozszerzyła oczy z zaskoczenia. Na metalowej płycie, na kamieniu ognistym smażyły się dwa lediry. Były to chyba jedne z najtrudniejszych do złapania zwierząt w Tesaros. Lediry były wielkości królików i bardzo podobnie do nich wyglądały, jednak na kłowie miały lekko zakręcone rogi, ich łapy były zakończone ostrymi pazurami, a zamiast sierści miały wężopodobną skórę. Były bardzo szybkie, łatwo zlewały się z otoczeniem a ich skóra była bardzo śliska co pozwalało na łatwe wydostanie się z pułapek i rąk ludzi. Nie należały do najpiękniej wyglądających zwierząt jednak ich mięso po usmażeniu było przepyszne. Arach zauważył z jaką intensywnością dziewczyna wpatruje się w mięso i lekko się uśmiechnął.
-Zjadłem rano zająca którego upolowałaś. Wybacz ale byłem tak głodny że nie mogłem się powstrzymać, a nie chciałem cię budzić. Aby to odpokutować upolowałem Lediry na obiad. Czy to w porządku?
Dziewczyna nie odrywając wzroku od mięsa lekko kiwnęła głową. jadła Ledira tylko raz w życiu ale wciąż pamiętała ten cudowny smak.
-Jak ci się udało złapać dwa Lediry?
Sama często próbowała je upolować ale bez skutku. Nais ku jej zaskoczeniu wyglądał na lekko zmartwionego.
-Zwyczajnie je wytropiłem, to nic trudnego. Czy te dwa to za mało? Mogę upolować więcej. Mogę upolować co tylko chcesz, tylko powiedz.
Szybko się podniósł, przeniósł usmażone mięso na talerze i podał jej jeden. Dziewczyna wgryzła się w pyszne mięso i westchnęła z zachwytu. Rozkoszując się smakiem zastanawiała się nad dziwną reakcją chłopaka. Spojrzała kątem oka w jego stronę. Skończył jeść już swoją porcję, nie wiedziała jakim cudem on tak szybko jadł, oparł swoją głowę na dłoniach i wpatrywał się w nią w milczeniu. Z trudem przełknęła kęs pod jego czujnym wzrokiem.
-O co chodzi?
Arach odłożył talerz na bok i lekko się skłonił się lekko.
-Z powodu pewnych okoliczności na daną chwilę nie mam się gdzie podziać. A więc szlachetna uzdrowicielko, czy pozwolisz mi zostać u siebie? Przyrzekam że w zamian podołam każdemu zadaniu jakie mi zlecisz.
Aisira patrzyła na nieg nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. W pożądku, wyleczyła go, ale tylko dlatego że tak podpowiadał jej instynkt którego nie mogła zwalczyć. Ale ma pozwolić mu zostać tu dłużej? Wciąż nie była pewna co do jego zamiarów. Czy jeśli się nie zgodzi to ją zabije i zagarnie chatkę dla siebie? Pomimo że nadal powinien być osłabiony, chociaż szybkość w jakiej wracały mu siły była zaskakująca, była pewna że nie dałaby rady go pokonać. Powoli wracając do jedzenia obserwowała go. Nie poruszył się ani o milimetr. Gdy skończyła jeść dalej stał przed nią ze spuszczoną głową. Wzięła głęboki oddech i modląc się w duchu żeby nie musiała tego żałować, odpowiedziała.
- O ile mnie nie skrzywdzisz, możesz tu zostać.
Nais momentalnie podniósł głowę, a na jego twarzy malowała się ulga. Podszedł do dziewczyny, wziął jej dłoń i składając na niej delikatny pocałunek wyszeptał.
-Dziękuję.
Aisira mając w głowie jeszcze obrazy ze snu odruchowo cofnęła się kolejny raz tego dnia uderzając się w głowę, tym razem o ścianę. Arach zaśmiał się lekko ale minę miał skruszoną.
-Wybacz. Musiałem cię zaskoczyć. To był odruch. Może i wyglądam teraz jak żebrak ale mogę cię zapewnić że odpowiednio mnie wychowano.
Dziewczyna pokiwała tylko głową że rozumie i podniosła się z łóżka. Odłożyła talerz na stół i skierowała się w stronę szafy. Sądząc po położeniu słońca, którego promienie wdzierały się przez okno, niedługo wybije południe. Stwierdziła że nie opłaca się jej iść tańczyć, biorąc pod uwagę że musiała kupić potrzebne rzeczy na przyjęcie nowego lokatora. Wyjęła z szafy białe, skórzane spodnie i białą lnianą bluzkę przewiązywaną pod biustem gorsetem. Uwielbiała białe ubrania chociaż utrzymanie ich w czystości nie należało do najłatwiejszych zadań. Biorąc ubrania otworzyła drzwi z zamiarem wyjścia jednak w ostatniej chwili się odwróciła. Arach obserwował ja z widocznym zainteresowaniem. Dziewczyna lekko się speszyła.
-Ja...idę się wykąpać....ty w tym czasie możesz....popilnować domu....albo co tam chcesz zrobić....
Nais lekko się uśmiechnął i z dworską elegancją ukłonił się jej.
-Wedle życzenia, pani.
Aisira zamknęła z trzaskiem drzwi. Dziewczyna zastanawiała się czy on właśnie sobie z niej kpił. Ale to chyba niemożliwe, prawda? Skierowała się na ledwie widoczną ścieżkę ciągnącą się pomiędzy drzewami. Od kiedy nikt oprócz niej nie mieszkał w tym lesie nie musiała się obawiać że kogoś spotka. Po paru minutach dotarła do miejsca gdzie leśny strumyk tworzył małe jeziorko. To było jej ulubione miejsce. Wokół jeziorka rosły kwiaty Kompi. Były to niezwykłe kwiaty których płatki, w kolorze błękitu, tworzyły ośmioramienną gwiazdę. Sok wyciśnięty z ich płatków po kontakcie z wodą zmieniała się w pięknie pachnącą pianę która z łatwością usówała bród. Dodatkowo rosły drzewa Fenar. Ich wielkie liście były wielkości człowieka. Świetnie sprawdzały się jako ręcznik bo szybko pochłaniały wodę znajdyjącą się na skórze. Jednak były niebezpieczne podczas suszy ponieważ liście przyklejały się do skóry i wyciągały ze złapanej osoby całą wodę doprowadzając do jej śmierci. Aisira najpierw podeszła i dokładnie obejrzała liście sprawdzając czy nie ma na nich żadnych przebarwień które świadczyłyby o tym że drzewu, pomimo sąsiedztwa strumienia brakuje wody. Liście tworzyły świetną zasłonę jeziorka i odstraszały ludzi którzy byli przekonani że drzewa w każdej chwili mogą ich zaatakować. Dziewczyna zawiesiła przyniesione ubrania na jednej z niżej rosnących gałęzi. Szybko zdjęła swój strój do występów i wyciskając sok z jednego z najbliższych kwiatów zaczęła go szybko prać w strumieniu. Kiedy upewniła się że nie ma na nim ani jednej plamki, rozwiesiła go na innej gałęzi. Szybko zdjęła buty i weszła do jeziorka. Woda oczywiście była lodowata ale jej to nie przeszkadzało. Zmoczyła włosy i uszy i zrywając kolejny kwiat zaczęła wcierać w nie pienistą substancje. Czały czas czujnie nasłuchiwała czy nikt nie nadchodzi. Nałożyła kolejną porcję soku kwiatowego, tym razem na ogon. Szybko zanurkowała pod wodę spłukując z siebie pianę. Gdy się wynurzała usłyszała podejrzany szelest z za zasłony utworzonej z liści drzew Fenar. Utworzyła w powietrzu dwadzieścia igieł z lodu i celując w stronę z której dochodził dźwięk, czekała. Po niecałej minucie jej oczom ukazało się małe stadko Deerów. Było ich około sześciu. Biegały, skakały na siebie zupełnie nie zwracając na nią uwagi. Dziewczyna westchnęła i jednym ruchem sprawiła że igły zniknęły.
-Wszędzie was pełno, co nie zwierzaczki?
Deery przerwały zabawę i przyglądały jej się zainteresowane. Dziewczyna westchnęła i wyszła z jeziorka.
-Muszę się chyba iść zabawić. Najpierw gadam z demonem a teraz ze zwierzakami.
Podeszła do najbliższego drzewa a jego liście od razu zajęły się pokrywającą ją wodą. Nagle zauważyła że za idealne zielonymi liśćmi ukryło się kilka ciemno brązowych. Skrzywiła się. Według opowieści dawno temu liście podczas jesieni zmieniały kolory na złote i czerwony. Teraz przybierały tylko ochydną, zgniłobrązową barwę. Deery widząc że je ignoruje wróciły do zabawy piszcząc głośno. Szybko ubrała spodnie i bluzkę, a następnie z irytacją wpatrywała się w gorset. Nienawidziła go ubiegać ponieważ wiązanie znajdowało się na plecach, a nie tak łatwo jest samej to zawiązać. Przypomniała sobie o Arachu i wzruszyła ramionami. Skoro ma z nim mieszkać to równie dobrze może jej zawiązać gorset. Gorsety były irytujące ale bez nich przy najmniejszych podmuchach wiatru bluzka podnosiła się odsłaniając wszystko co miało się pod spodem. Zarzuciła gorset przez ramię i skierowała się do gałęzi na której powiesiła strój do występów. Z zadowoleniem stwierdziła że dorwały się do niego liście i strój jest już czysty. Powolnym krokiem ruszyła w drogę powrotną, jednak przyśpieszyła gdy powietrze rozdarły krzyki. Przerażona wybiegła na polanę otaczającą jej chatkę i zastygła nie wiedząc czy się śmiać czy przegonić kolejnych intruzów. Przed jej domkiem było o cztery osoby za dużo. Najwidoczniej w mieście pojawiły się nowe szumowiny który postanowił zapolować na dobre miejsce do spania. Jednak przeszkodziła im w tym jedna rzecz, a dokładniej był nią wkurzony nais. Pomimo że jego gadzi ogon się nie pojawił znowu miał swoje szpony, którymi trzymał za szyję jednego z intruzów i pytał, nawet całkiem spokojnym głosem, czego tu chcą. Komizm polegał na tym że pytał ich w języku powszechnym którego te niedouczone półgłówki najwidoczniej nie rozumieli, bo ciagle tylko krzyczeli w języku Ogis “potwór”.
-Oni cię nie rozumieją.
Odezwała się w języku powszechnym aby Arach ją zrozumiał, jednak wszyscy odwrócili się w jej stronę. W oczach obdartych intruzów dostrzegła tylko zaskoczenie i irytację, czyli tak jak sądziła byli nowi w mieście.
-Czego chcesz głupia suko?
Dziewczyna westchnęła zirytowana. Właśnie dlatego przynajmniej raz w miesiącu robiła lekcje swoim kociakom. Pomimo że jakiś czas mieszkała na ulicy, nie znosiła ludzi którzy nie umieli powiedzieć zdania bez obrażania innych. Nagle przyszedł jej do głowy interesujacy pomysł. Wskazała palcem na idiotę który nazwał ją suką i z niewinnym uśmiechem skierowała się do Aracha.
-On właśnie cię obraził.
Nie minęła chwila a tępy mężczyzna uderzył w drzewo przygnieciony intruzem którego nais trzymał w szponach. Pozostałych dwóch szybko odwróciło się i rzuciło do ucieczki, pozostawiając swoich towarzyszy nieprzytomnych pod drzewem. Aisira nie mogąc się powstrzymać roześmiała się. Była ciekawa reakcji swojego gościa ale nie sądziła że rzuci go w drzewo.
-Ktoś tu jest nadwrażliwy.
Arach spojrzał na nią zirytowany i wysyczał przez zęby.
-Nie pozwolę żeby taki śmieć mnie obrażał.
Aisira zastanawiała się chwilę czy nie wybawić mu prawdy ale ostatecznie postanowiła nie ryzykować że i na nią się zdenerwuje. Przyłożyła do tali gorset i odwróciła się plecami do chłopaka.
-Pomógłbyś mi?
Arach patrzył się na nią zaskoczony i nie poruszył się nawet o milimetr.
-No dalej. Nawet nie wiesz jak trudno jest to zawiązać samemu.
Nais dalej się w nią wpatrywał, nie będąc pewien czy dziewczyna żartuje czy mówi poważnie. Aisira zaczynała się niecierpliwić.
-Obiecałeś że będziesz wykonywać powierzone ci zadania, pamiętasz?
Dopiero te słowa go przekonały. Szpony zniknęły, a on podszedł i powoli, jakby niepewnie, zaczął zawiązywać jej gorset. Kiedy skończył i upewniła się że dostatecznie mocno go zawiązał, odwróciła się do niego z uśmiechem.
-Dziękuję.
Nie czekając na jego reakcje minęła go i weszła chatki. Wyciągnęła z szafy sakiewke z pieniędzmi i schowała ją w dekolcie bluzki, wyliczając w głowie co musi kupić. Powinna kupić poduszki, koce i jakieś futra. I oczywiście ubrania. Spojrzała na stojącego w drzwiach Aracha. Był zdecydowanie większy od przeciętnego człowieka co utrudniało jej znalezienie odpowiedniego stroju. I te skrzydła.
-Potrafisz sprawić aby zniknęły twoje skrzydła?
Chłopak wpatrując się w nią intensywnie, jakby próbując zgadnąć o czym myśli, lekko kiwnął głową. Ona uśmiechnęła się, złapała koszyk przeznaczony na chleb dla dzieci, i mijając nais w drzwiach wyszła z chatki. Idąc ścieżką w stronę miasta odwróciła się jeszcze i krzyknęła.
-Wrócę wieczorem. Możesz zrobić co chcesz z tymi facetami pod drzewem.
Arach nic nie odpowiedział tylko w ciszy obserwował jak dziewczyna znika za zakrętem. Aisira idąc ścieżką wyliczała plusy i minusy pojawienia się nowego lokatora.
-Muszę kupić nowe rzeczy, więcej wydam na jedzenie i w każdej chwili może mnie zabić. Ale równocześnie zaoszczędzę na mięsie i nie muszę tracić czasu na zabezpieczenie domu.
Westchnęła ciężko i ominęła wystający z ziemi korzeń. Im była bliżej miasta tym las stawał się rzadszy.
-Więcej jest minusów niż plusów ale nie mam wyjścia. W końcu to i tak szczęście że mnie jeszcze nie zabił.
Dochodziła powoli do miasta. Jak zwykle przywitała ją długa kolejka ludzi czekających na wpuszczenie do miasta. Nie przejmując się niczym, minęła czekających i podeszła do strażników.
-Ej ty!
Aisira odwróciła się zaskoczona. Jeszcze nigdy jej się nie zdarzyło aby ktoś z kolejki odezwał się do niej. Był to około czterdziestoletni mężczyzna, zarośnięty i w łachmanach. Zbyt dużo było takich ludzi w tym mieście, strażnicy na pewno go nie wpuszczą.
-Ty suko! Nie wiesz gdzie twoje miejsce?! Takie robale jak ty powinny grzecznie czekać na końcu kolejki z podkulonym ogonem! Jak inri śmie się wpychać przed człowieka?!
Dziewczyna zacisneła zęby. Już drugi raz tego dnia została nazwana suką i zaczynało ją to irytować. Przyjżała się mężczyźnie. Wyglądał bardzo podobnie do tych których spotkała koło swojej chatki. Zastanawiała się czy nie przybyli razem całą bandą myśląc że opanują niższe miasto. Głupcy.
-Zamknij się brudny szczurze. Myślisz że takiejmu śmieciowi jak ty ktokolwiek powinien okazywać szacunek.
Z końca kolejki wyszedł mężczyzna który stanął w jej obronie. Aisira przyjrzała mu się z ciekawości. Był młody, tak jak ona miał białe włosy, był dobrze ubrany i był człowiekiem. Jednak to że się za nią wstawił oznacza że chce ją wykorzystać aby dostać się do miasta. Dziewczyna zastanawiała się co takiego zrobił że boi się kontroli. Nagle coś dostrzegła i uśmiechnęła się. Jego ubranie należało do tych szytych na miarę jednak było na niego odrobinę za krótkie. Była pewna że je ukradł. Mężczyzna w łachmanach na widok wielkiego miecza którego białowłosy nosił na plecach, wycofał się grzecznie do kolejki. Złodziej natomiast spojrzał na nią z podniesioną brwią. Białowłosa westchnęła. Zdecydowanie miała za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Odwróciła się do strażników i uśmiechnęła się szeroko.
-Widzieli panowie jak on się za mną wstawił? To bohater! Muszą panowie pozwolić mu przejść razem ze mną!
Strażnicy spojrzeli na siebie niepewnie. W końcu jeden z nich się odezwał.
-Nie sądzę żeby to był dobry pomysł…
Aisira udała zrozpaczoną.
-Rozumiem. Panowie również podzielają opinie tamtego zarośniętego mężczyzny, prawda? Jak ja w ogóle śmiem pokazywać się ludziom na oczy? Na przyjęciach też powinnam przestać śpiewać.
Tym ostatnim zdaniem przesądziła o swojej wygranej. Doskonale wiedziała że ich dowódcy uwielbiali jej śpiew na organizowanych przez siebie przyjęciach i gdyby przez tą dwójkę przestała, no cóż, nie mieli by oni zbyt łatwego albo zbyt długiego życia. Strażnicy również to wiedzieli bo szybko kiwneli w stronę mężczyzny z dużym mieczem aby podszedł.
-Idźcie.
Kiedy mijali bramy jeden ze strażników stojący od wewnętrznej strony bramy złapał białowłosego za ramię.
-Lepiej wiecej nie zawracaj jej głowy.
Aisira roześmiała się. Sympatia jaką ją darzyli gwardziści po prostu ją bawiła, biorąc pod uwagę że nie należała do osób ściśle przestrzegających prawo. Białowłosy kiwnął głową strażnikowi i wygrywając mu się ruszył za Aisirą. Kiedy wystarczająco oddalili się od bramy dziewczyna odwróciła się do swojego towarzysza.
-Jesteś teraz moim dłużnikiem, pamiętaj.
Mężczyzna się zaśmiał.
-Oczywiście kociaku. Mogę się dowiedzieć jak moja wybawczyni ma na imię?
Białowłosa zignorowała to że nazwał ją kociakiem, nie miała czasu na kłótnie.
-Aisira. A jak się. Nazywa idiota z dużym mieczem?
Mężczyzna zaśmiał się ale nie wyglądał na obrażonego.
-Rielth. W zamian za to że wprowadziłaś mnie do miasta obiecuje że gdy zawładnę podziemiem pomogę ci gdy będziesz miała kłopoty.
Aisira zaśmiała się. Dobrze znała przywódców podziemia i Rielth nie miał za wielkich szans w podziemiu.
-W porządku. Gdy będę potrzebować pomocy, pomożesz mi. A teraz żegnaj.
Nie odwracając się już w jego stronę ruszyła między ludzi. Jej pierwszym celem była piekarnia. Postanowiła że lepiej zapuszczać się do starej części miasta bez zakupów, mniejsze ryzyko że ktoś ją zaatakuje. A ona miała już dość wrażeń na dzisiaj. Powoli dochodziło południe. Piekarz jak zwykle ucieszył się na jej widok, a dokładnie na widok srebrnej monety.
-Witam panienkę, coś pani wcześniej dzisiaj.
Dziewczyna się uśmiechnęła i podała piekarzowi koszyk a on szybko napełnił je chlebami.
-Od rana kręcą się tutaj pani adoratorzy pytając czy panienki nie widziałem. Widocznie jeden dzień dzień bez pani występów to dla nich katastrofa.
Aisira się zaśmiała i wręczyła piekarzowi srebrną monetę.
-Zawsze może pan wyciągnąć od nich parę monet za tę informację.
Piekarz się zaśmiał i pomachał jej na pożegnanie. Aisira wyszła z piekarni i uważając aby nie zwracać na siebie uwagi skręciła w najbliższą uliczkę. Idąc ciemnymi uliczkami z zainteresowaniem przyglądała się mijanym osobom. Głównie byli to złodzieje i kurtyzany. Parę osób kiwnęło jej na powitanie głową, inni chowali się na jej widok. Zastanawiała się jakie plotki krążą na jej temat że ludzie tak na nią reagują. Kiedy doszła do momentu w którym domy zaczynały być zniszczone i w większości opuszczone, wspięła się na dach pierwszego budynku. Podróż po dachach wymagała większej uwagi ale przynajmniej miała pewność że nikt jej nie zaczepi. Miała wystarczająco nietypowych stytuacji przez cały dzień. Kiedy dotarła do starego rynku miała ochotę krzyczeć.
-Co jest do cholery z tym dniem i z tymi obdartymi ludźmi?
Koło fontanny stały przestraszone jej kociaki. Parę kroków dalej stała dziewczyna w czerwonej pelerynie, która codziennie przychodziła na jej występy. Aisira zastanawiała się chwilę jak ona się nazywała, chyba Linli. Do Linli właśnie wyciągał rękę jeden z zarośniętych mężczyzn i został ugryziony przez….deera?
-Czy ta dziewczyna jest szalona aby nosić na ramionach jadowite zwierzę?
Mężczyzna chyba nie wiedział za dużo o deerach, bo zamiast biec od razu do uzdrowiciela albo odciąć sobie rękę zanim trucizna się rozprzestrzeni wyjął nóż i zamachnął się w stronę dziewczyny. Aisira zareagowała od razu. Może i nie znała za dobrze dziewczyny w kapturze ale w zamian za złoto które od niej dostała postanowiła jej pomóc. Stworzyła lodową ścianę między Linli a napastnikiem. Stary, stępiony nóż pękł w spotkaniu z lodem i wbił się w rękę mężczyzny. Zaczął przerażająco krzyczeć co sprawiło że jego towarzysze przestali się śmiać. Aisira przyjrzała mu się. Miał podobne rysy do mężczyzn których tego dnia spotkała. Ilu jeszcze podobnych do niego przybyło tego dnia do miasta?
-Mogę wiedzieć co wy do cholery tu robicie?
Oczy wszystkich skierowały się w jej stronę. W oczach dzieci i Linli pojawiła się ulga, natomiast w oczach napastników tylko zaskoczenie.
-Ilu takich jak wy jeszcze przybyło do tego miasta? I czego chcecie?
Na twarzach mężczyzn pojawił się strach, jakby powiedziała coś o czym nie powinna wiedzieć. Aisira zeskoczyła z dachu, ale zanim zdążyła dotknąć stopami ziemi mężczyźni rzucili się do ucieczki. Pozwoliła im uciec, nie miała powodu ich łapać ale znała kogoś kto chętnieby się dowiedział o przybyciu podejrzanych szczurów do miasta.
-Świetnie, kolejna sprawa którą muszę dzisiaj załatwić.
Spojrzała na dzieci.
-Więc co tu się działo?
Wszystkie patrzyły na siebie nie wiedząc co powiedzieć. Machnęła ręką.
-Nie ważne, łapcie.
Rzuciła do najbliżej stojącego chłopca koszyk z chlebami. Ten z szybkością nabytą podczas kradzieży złapał koszyk i łamiąc chleby na pół porozdawał je pozostałym. Białowłosa podeszła do Linli.
-Wszystko w porządku….Linli?
Złotowłosa energicznie pokiwała głową uśmiechając się szeroko. Aisira wskazała na deera.
-Wiesz że one są jadowite?
Linli wzruszyła ramionami uważając żeby nie zrzucić Horrise.
-Nie bardziej niż moja rodzina.
Białowłosa stała chwilę zaskoczona po czym roześmiała się głośno.
-Spodziewałam się bardziej że będziesz histeryzować ale widzę że nie jest z tobą tak źle.
Spojrzała na dzieci które kończyły jeść swoje porcje.
-Idziemy maluchy, musicie mi pomóc w zakupach.
Dzieci od razu do niej podbiegły, a jeden podał jej koszyk z pozostałymi dwoma chlebami.
-Czy ja też mogę iść z wami?
Aisira spojrzała zaskoczona na Linli ale pochwili uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
-Zgubiłaś się prawda?
Złotowłosa kiwnęła głową równocześnie delikatnie głaskając deera po szyi.
-W porządku. Chodź z nami.
Aisira utworzyła przed nimi drogę z lodu, nie zamiaru chodzić po błocie, i ruszyli w stronę rynku


wtorek, 6 grudnia 2016

Rozdział 7: Linli


Linli biegła po łące pełnej kwiatów. Wszystko w końcu układało się wspaniale. Jej najlepszy przyjaciel miał pogodzić się z jej mężem i z powrotem mogli być szczęśliwi w trójkę. Nagle rozległ się ryk. Dopiero teraz dziewczyna zauważyła że łąka po której biegła kończy się około pięć metrów przed nią. Czy tak było od początku? Czy dopiero teraz świat przed nią zniknął? Ryk rozległ się ponownie, a ona dostrzegła w mroku trzygłową istotę i dziwną postać która schodziła z jej grzbietu. Linli poczuła strach. Pojawienie się trzygłowej bestii oznaczało że niedługo stanie się coś strasznego. Tajemnicza postać zaśmiała się widząc jej strach.

- Kim jesteś?

Obcy milczał przez chwilę po czym odpowiedział złowrogim głosem.

- Właśnie kim? Demonem? Tak wy ludzie mnie nazwiecie. Zapomnianym bóstwem? Tak nazwą mnie inri. Zgodziłem się na wasze przybycie do Tesaros bo prosili mnie o to poddani. Jednak wy, jak robaki rozpełzliście się wszędzie i przywłaszczyliście sobie to, co należy do mnie. Czas was ukarać.

Dziewczyna przerażona cofnęła się o krok. Nagle pojawił się koło niej jej zielony smok, Den, który okrył ją swoim skrzydłem, aby oddzielić ją od przeciwnika. Dziewczyna od razu poczuła się pewniej.

- Nie wiem co planujesz zrobić ale na pewno cię powstrzymamy. 

Obcy ponownie się zaśmiał.

- Nie rozumiesz maleńka. Będzie wojna. Ludzie będą zabijać nais, a nais będą zabijać ludzi. Niewinni inri będą mordowani.

Złotowłosa zacisnęła ze złości pięści.

- Jesteś potworem!

Bestia ukryta w mroku zawarczała groźnie.

- Wy ludzie macie dziwny zwyczaj nazywania wszystkich potworami. Ale w jednym się mylisz maleńka. To nie ja rozpętam to wojnę ale twoich ukochani. Ten świat zniszczy ich miłość do ciebie.

Dziewczyna była zdezorientowana.

- Dlaczego Amer i Leiras mieliby walczyć?

Mrocza postać zaczęła powoli podchodzić do granicy światła.

- Ponieważ będą się nawzajem oskarżać o twoją śmierć. 

- Moją...co?!

W tym momencie z mroku wyszła bestia. Okazało się być olbrzymim, ciemnogranatowy, trzygłowym smokiem. Den przyciągnął dziewczynę bliżej siebie ale jedna głowa przeciwnika wgryzła się w jego szyję a pozostałe dwie w skrzydła, szybko je wyrywając. Na Linli spłynęła fontanna krwi, a jej kochany pupil padł martwy.

- Tak się dzieje gdy robaki ośmielają się dotykać tego co moje. Nie miej mi tego za złe, jesteś konieczną ofiarą aby oczyścić ten świat.

Wszystkie kwiaty na łące zaczęły więdnąć, jeden po drugim, jakby odliczały czas do jej śmierci. Wokół niej pojawił się cień rzucany przez głowę smoka. Gdy bestia zbliżała swoje zakrwawione zęby do jej ciała, przypomniała sobie imię swojego oprawcy.

- Cerion.....

Linli obudziła się z krzykiem. Służący którzy właśnie przynieśli jej śniadanie podskoczyli przestraszeni i kłaniając się, pospiesznie opuścili jej pokój. Dziewczyna przetarła dłonią spocone czoło i z niepokojem rozejrzała się po pokoju.

- Czy przyśnił mi się ten sen bo za dużo myślałam o tej latającej istocie?

Księżniczka chwilę analizowała swój sen.

- W takim razie czym jest nais? Kim jest Amer i Leiras? Kim jest Cerion i czemu chciał mnie zabić? 

Westchnęła ciężko i podniosła się z łóżka. Jej sny były coraz dziwniejsze jakby nawet one chciały sprawić żeby oszalała. Skierowała swoje kroki do łazienki połączonej drzwiami z sypialnią. Sypialnia i łazienka były jedynymi pomieszczeniami w wieży. Zarówno komnata jak i łazienka były w kolorze czerwieni udekorowane złotymi dodatkami w kształcie płomieni. Każdego ranka Linli czuła się jakby była w środku pożaru. Jej matka uwielbiała taki wystrój i ponieważ nie mogła nic zrobić z zewnętrznym wyglądem zamku, skupiła się na wnętrzu. Prawie każdy pokój w pałacu był w kolorze czerwieni i złota co sprawdzało że zamek wyglądał jakby bez przerwy płonął w nim ogień. Dziewczyna nie podzielała zachwytu matki do czerwieni. Każdy musiał nosić czerwień, wszędzie musiała być czerwień. Linli miała tego dość. Zazdrościła bracią którzy podstępnie wmówili matce że czerwień jest zbyt szlachetna by marnować ją na stroje do lekcji walki. Matka im uległa, jak zawsze zgadzając się na wszystko czego chcieli. Linli nie miała takiego szczęścia ale z satysfakcją myślała o tym że w akademii jej bracia i tak będą musieli chodzić w czerwieni, w końcu takiego koloru były mundurki.

- Jestem chyba jedyną księżniczką którą nie znosi koloru przypisanego swojemu królestwu.

Zaśmiała się i weszła do wanny z parującą wodą. Współczuła tym którzy codziennie musieli wchodzić po tych wszystkich schodach z wiadrami aby mogła się rano wykąpać. Zastanawiała się jak to wygląda w królestwie Yars, gdzie rodzina królewska władała sarią pozwalającą im kontrolować wodę. Czy sami przygotowywali sobie kąpiel, czy może i tam służący musieli dźwigać wodę w wiadrach. Była ciekawa jak wygląda kraina Tesaros, świat który znała tylko z książek. Nigdy nie opuściła stolicy, co więcej, nigdy nie opuściła dzielnic szlachty. Bała się iść dalej. Każdego dnia widziała Aisire która szła drogą prowadzącą, jak się ostatnio dowiedziała, do najgorszych dzielnic miasta. Nabrała ostatnio zwyczaju porównywania się do białowłosej tancerki. Ona, księżniczka Linli, powinna chodzić z podniesioną głową, wydawać rozkazy i uważać się za lepszą od innych, w końcu mimo wszystko należała do królewska rodziny i oprócz miłości rodziców i siostry nic jej w życiu nie brakowało. Jednak to ona chowała się pod kapturem czerwonej peleryny bojąc się każdej mijanej osoby podczas gdy inri, sierota tańcząca na ulicy, w stroju który nie odważyła by się założyć kurtyzana, kroczyła dumnie ulicami stolicy jakby to miasto należało do niej. Udało jej się okręcić szlachtę tylko za pomocą kawałka lodu w kształcie róży. W książkach które Linli czytała to  zawsze rodzina królewska bądź szlachta była odważna i podziwiana, radziła sobie ze wszystkim a poddani byli tylko głupimi sługami, pracowali w polu i ginęli w walce jako konieczne ofiary. Po kilku wizytach w mieście wiedziała że życie prostych ludzi nie jest tak nudne jak początkowo myślała i była coraz ciekawsza świata za murami miasta. Linli leżała w wannie póki woda, do której dodano pachnące olejki, nie zrobiła się zimna. 
- W takich chwilach żałuję że nie jestem jak moje rodzeństwo, mogłabym przynajmniej podgrzać sobie wodę.

Śmieją się z pomysłu do jakiej prostej czynności użyłaby pożądanej przez większość wojowników sari, wyszła z wanny i biorąc do ręki szczotkę, szybko rozczesała swoje długie, złote włosy. Gdy weszła do pokoju zaskoczona zauważyła siedzącego na oknie Deera. Deery były zwierzętami które mieszczanie uważali za zły omen, a wieśniacy za zwykle szkodniki. Wyglądem przypominały łasice ze skrzydłami i rozdwojonym ogonem. Miały długie sterczące na boki uszy i dwie pary zielonych oczu. Były wielkości kotów i tak jak one żywiły się gryzoniami. Pomimo że miały skrzydła, bardzo rzadko latały i głównie używały ich do krótkiego szybowania blisko nad ziemią. Jednak ten Deer, aby się dostać do okna na wieży z pewnością musiał lecieć. Jego wygląd różnił się od innych jego krewniaków, jego futro zamiast szare było jasnobrązowe. Linli kątem oka spojrzała na talerz z zimnym już śniadaniem. Plastry mięsa pozostały nietknięte.

- Dziwnym jesteś zwierzątkiem. Słyszałam że prawie w ogóle nie latacie, jednak ty przyleciałeś na wieżę. Słyszałam że kiedy się pojawiacie kradniecie tyle jedzenie ile dacie radę, jednak ty nie ruszyłeś go w ogóle. Słyszałam że Deery są szare a ty jesteś brązowy. Czym jeszcze mnie zaskoczysz mały?

Deer jakby w odpowiedzi na jej słowa zaskoczył z okna i powoli ruszył w jej stronę. Linli szybko zastanowiła się czy słyszała kiedyś aby Deery atakowały ludzi ale nie mogła sobie nic przypomnieć. Zwierzątko usiadło przy jej stopach i cicho zapiszczał. Dziewczyna niepewnie schyliła się i pogłaskała Deera po głowie. Zwierzak z zadowoleniem wygiął grzbiet i rozłożył skrzydła. Księżniczka zaśmiała się.

- Widzę że lubisz pieszczoty. A może masz ochotę coś zjeść.

Ruszyła w stronę jedzenia a skrzydlata łasica dreptała za nią. Dziewczyna wzięła kawałek mięsa i podsunęła zwierzątku pod nos. Deer ostrożnie chwycił mięso swoimi małymi ząbkami i szybko zjadł. Dziewczyna uśmiechnęła się widząc jak się oblizuje po pyszczku. Szybko nakarmiła go resztą mięsa, sama zadowalając się chlebem i owocami. Następnie podeszła do szafy szukając jakiejś skromniejszej sukni. Długo zajęło jej szukanie prostej czerwonej sukienki bez ozdób, którą kupił jej brat po miesięcznych namowach. Szybko założyła ją na siebie i przewiązała czarnym pasem, który kupiła tydzień wcześniej w sklepie niedaleko zamku, zaraz pod biustem, imitując w ten sposób strój kobiet mieszkających w niższym mieście. Jeden miły strażnik, po drobnym przekupstwie, opisał jej ze szczegółami jak ludzie ubierają się i czeszą w niższym mieście. Dziewczyna związała rzemieniem suche już włosy, tworząc niedbały kok. Na koniec związała pod szyją swoją czerwoną pelerynę i założyła wiązane pod kolano jasno brązowe buty na małym obcasie.

- I jak wyglądam?

Pytanie kierowała do Deera który wygodnie rozsiadł się na jej łóżku i z ciekawością ją obserwował. Dziewczyna się zaśmiała.

- Dobrze, nieważne.

Chowając sakiewkę w ukrytej kieszeni peleryny ruszyła  do drzwi. Zwierzak widząc że odchodzi, rozłożył skrzydła i po krótkim locie wylądował na jej ramieniu. Dziewczyna zaskoczona patrzyła jak Deer kładzie się na jej ramionach i owijając ogon wokół jej szyi, zamyka oczka. Linli zaśmiała się zauważając że wygląda to jakby miała futrzany szal, a że zwierzę już się nie poruszyło, wyszła z pokoju. Idąc korytarzem zamku przypomniała sobie o swoim śnie i skierowała kroki w stronę biblioteki. Ostrożnie otworzyła drzwi. W środku nie było nikogo prócz bibliotekarza który układał jakieś księgi na jednej z licznych półek.

- Przepraszam, panie Gerix, mógłby mi pan pomóc?

Zaskoczony mężczyzna upuścił książki na ziemię. Spojrzał oburzony w jej stronę.

- Panienko, nie powinnaś mnie tak straszyć!

Dziewczyna zaśmiała się, nigdy nie nazywał jej księżniczką ale nie przeszkadzało jej to.

- Chciałabym wiedzieć czym są nais, pomoże mi pan?

Pan Gerix był już starcem, łysym z siwą, długą brodą. Zajmował się książkami przez swoją niezwykłą sarie. Wystarczyło że wypowiedział poszukiwane słowo z myślą że chce je znaleźć a książki same przylatywały i otwierały się na odpowiedniej stronie. Teraz uczynił tak samo lecz minęła chwila zanim przyleciała stara, zakurzona książka. Bibliotekarz wyglądał na zaskoczonego widząc ją ale poprawił okulary i zaczął czytać otwartą stronę.

- Nais, demoniczni wojownicy z ery nocy. Nikt nie wie jak wyglądali, skąd przyszli ani dlaczego zniknęli. Według niektórych starych legend, nais zostali zamknięci w lodowcu na północy za sprzeciwienie się dwunastu bogom.

Pan Gerix zamkną książki i położył ją na pobliski stolik. Linli patrzyła na niego zaskoczona.

- Tylko tyle?

Starzec się uśmiechnął. 

- Nie bądź zaskoczona, panienko. Sama wiesz że o Erze Nocy praktycznie nic nie wiemy. Ja jestem zaskoczony że było cokolwiek o tych istotach w księgach.

Dziewczyna się uśmiechnęła.

- Dziękuję bardzo za twoją pomoc.

Szybko pobiegła w stronę wyjścia z zamku nie chcą się spóźnić na występ Aisiry. Miała nadzieje że usłyszy jakąś nową piosenkę. Nikt nie próbował jej zatrzymać. Służba omijała ją szerokim łukiem, a strażnicy patrzyli przychylnym okiem na jej wycieczki. Bardzo się jednak zawiodła gdy dotarła do fontanny. Aisiry nie było. Kilku jej najwierniejszych fanów kręciło się bez celu przy witrynach sklepowych, co jakiś czas zerkając w stronę fontanny. Linli kupiła na pobliskim straganie ziarno i usiadła na krawędzi fontanny karmiąc gołębie. Miała zamiar poczekać na białowłosą, w końcu każdy może kiedyś zaspać. Deer z zainteresowaniem obserwował tłoczące się wokół dziewczyny ptaki ale nie poruszył się z jej ramion. Po godzinie znudziło jej się to i zaczęła chodzić po okolicznych sklepach. Przymierzała stroje, klejnoty, oglądała dziwne wynalazki. Gdy wybiło południe południe Linli zdążyła obejść wszystkie okoliczne sklepy, kupić nowe rękawiczki pasującą do stroju i bransoletkę składającą się z dwunastu, połączonych, złotych kwadracików z której zrobiła obrożę dla Deera. Bardzo ją bawiło że ludzie myśleli że zwierzę na jej ramionach to ozdoba a nie żywe stworzenie. Gdy ściągnęła Deera z ramion aby założyć mu obroże, a on się przeciągnął, sprzedawczyni odskoczyła przestraszona. Linli długo po tym nie mogła przestać się śmiać. Siedziała z powrotem przy fontannie karmiąc kupionym mięsem nowego zwierzaka. Cały czas ją dziwiło jego zachowanie ale równocześnie cieszyła się że Deer jej nie opuszcza.

- Jakby cię tu nazwać? Może Horrise? Podoba ci się? 

Zwierzak zapiszczał zadowolony. Bardziej prawdopodobne było że był zadowolony z jedzenia niż z imienia ale Linli to wystarczyło. Pogłaskała go i zaczęła rozglądać się na około. Pomimo że minęło parę godzin Aisira się nie pojawił. Nagle dostrzegła małego chłopca opartego o ścianę jednego z budynków. Wyróżniał się z tłumu przez swoje łachmany i przez to że był inri. Gdy dostrzegł że na niego patrzy, uśmiechnął się szeroko i pomachał jej. Dziewczyna zaciekawiona wstała, Horrise wdrapał się po jej ręce i usiadł na ramionach, i ruszyła w stronę chłopca. Jednak gdy była już blisko chłopiec wbiegł do pobliskiej uliczki, przebieg kawałek po czym się zatrzymał i znowu popatrzył na nią. Dziewczyna ruszyła za nim. Sytuacja ciągle się powtarzała. Chłopiec odbiegał kawałek i zatrzymywał się patrząc czy idzie za nim. Linli stwierdziła że to zabawne i uważnie obserwowała chłopca aby go nie zgubić. Poczuła że coś jest nie tak dopiero gdy drogę zaczęło pokrywać błoto. Dotychczas była skupiona na chłopcu i dopiero teraz rozejrzała się w około. Poczuła przerażenie. Nie znała tego miejsca. Budynki były zniszczone, w powietrzu unosił się smród którego wcześniej nie zauważyła, a także oprócz niej i chłopca nie było nikogo. Nie wiedziała jak wrócić z powrotem, za nią było masę wejść do różnych uliczek i nie mogła sobie przypomnieć którą tu przyszła. Z rosnącym strachem szła dalej za chłopcem. Po kilku minutach doszli do czegoś co wyglądało jak stary, opuszczony rynek. Na środku, tak jak w Górnym Mieście stała fontanna lecz ta była stara i popękana, nie płynęła z niej żadna woda. Przy fontannie stało parę dzieci, wszystkie były inri. To było jasne że chłopiec szedł do nich. Stanął między nimi i wszystkie ją obserwowały. Łącznie z chłopcem który ją przyprowadził była ich szesnastka. Linli niepewnie szła w ich stronę.

- Patrzcie. Smarkacze przyprowadzili nam łatwą ofiarę 

Dziewczyna przerażona spojrzała w stronę z której dobiegał głos. Z jednego ze zniszczonych budynków wyszło trzech mężczyzn. Byli ludźmi ale wyglądali obrzydliwe. Byli brudni, w łachmanach i nie zdziwiłaby się gdyby chodziły po nich jakieś robaki. Kątem oka dostrzegła że dzieci boją się tylko trochę mniej niż ona. Horrise zjeżył się i zasyczał. 

- Nie wiem kim jesteście ale zostawcie mnie w spokoju.

Linli próbowała udawać pewną siebie ale głos jej się załamywał. Mężczyźni się zaśmiali, a jeden z nich podszedł i złapał ją za ramię. W tej samej chwili Deer wbił w jego dłoń swoje ostre zęby. Napastnik z krzykiem puścił dziewczynę którą odskoczyła szybko, cudem nie potykając się o swoją pelerynę. 

- Ty mała suko!

Podczas gdy dwóch pozostałych się śmiało, ten którego ugryzł Horrise, wyciągnął spomiędzy łachmanów tępy, zardzewiały nóż i rzucił się na nią. Jednak zamiast w nią nóż uderzył w twardą ścianę lodu która nagle pojawiła się między nimi. Stary nóż pękł w zetknięciu z twardą powierzchnią a złamana część wbiła się mężczyźnie w rękę. Zaczął przerażająco krzyczeć co sprawiło że jego towarzysze przestali się śmiać.

- Mogę wiedzieć co wy do cholery tu robicie?

Ta saria i ten głos mógł należeć tylko do jednej osoby. Linli z radością spojrzała w górę. Na dachu jednego z budynków, ubrana w biały, skórzany strój, stała Aisira.

wtorek, 11 października 2016

Rozdział 6: Linli


Linli, siedząc przy oknie, wpatrywała się w błyszczące gwiazdy i wsłuchiwała się w muzykę dochodzącą z sali balowej. Rodzice urządzili bankiet na który oczywiście jej nie zaprosili. Często myślała jakby zareagowali gdyby poszła na salę. Czy kazaliby ją wyprowadzić, czy raczej przedstawiliby wszystkim? Brakowało jej jednak odwagi aby to sprawdzić. Za bardzo bała się rodziców. Ciągle nie mogła zapomnieć tego co wydarzyło się dziesięć lat wcześniej. Podczas przyjęcia wydanego z okazji jej siódmych urodzin, podeszła do Kamienia Poznania aby odkryć swoją serię. Widziała jak rok wcześniej jej brat Miren to robił i wiedziała że powinny otoczyć ją płomienie ale nic się nie stało. Kamień nawet nie zalśnił na znak że posiada jakąkolwiek serię. Jej ojciec zawsze miał wybuchowy charakter ale nigdy nie widziała go w takiej furii. Złapał ją mocno za ramię i ze złością zaciągnął w stronę wieży, nie zwracając uwagi na to że Linli potyka się na schodach i nabija sobie siniaki. Król miał pokryte już lekką siwizną, krótkie blond włosy. W jego niebieskich oczach i na pokrytej już zmarszczkami twarzy malowała się wściekłość.  Wrzucił ją do pokoju na szczycie wieży i bez słowa zamknął drzwi na klucz. Złotowłosa uderzała pięściami w drzwi i krzyczała, jednak nikt nie reagował. Po godzinie gdy siedziała już wyczerpana pod ścianą drzwi się otworzyły i stanęła w nich królowa. Jej długie brązowe włosy były upięte w modną, skomplikowaną fryzurę w którą wpięto bogato zdobioną koronę. Pod brązowymi oczami pojawiały się pierwsze zmarszczki. Ubrana była w krwistoczerwoną suknie, nigdy nie nosiła innego koloru. Linli bez wachania podbiegła i przytuliła się do matki.

- Mamusiu, tatuś mnie tu zamknął. Tak bardzo się bałam…

Mocne uderzenie w twarz powaliło dziewczynkę na ziemię. Oszołomiona spojrzała na matkę. Na twarzy królowej malowało się obrzydzenie.

- Nigdy więcej nie nazywaj mnie tak! Nie chce nawet myśleć że urodziłam tak bezwartościowe dziecko!

Wskazała ręką na pokój do którego służący szybko wnosili meble i rzeczy dziewczynki.

- Od teraz to twój pokój. Nie waż się z tąd wychodzić bez pozwolenia! Nigdy nie pokazuj się publicznie! Rozumiesz?!

Przerażona dziewczynka szybko pokiwała głową. Królowa jeszcze przez chwilę patrzyła skrzywiona na swoje dziecko, po czym wyszła trzaskając drzwiami. Linli szybko odegnała to wspomnienie. Od tamtego dnia rodzice nie odezwali się do niej. Miała już co prawda pozwolenie na swobodne chodzenie po zamku i przymykano oko na jej wycieczki poza zamek, jednak dla rodziców wręcz nie istniała. Gdyby nie jej dwaj starsi bracia którzy ciągle przesiadywali u niej w pokoju, rodzice pewnie zapomnieliby o jej istnieniu, starsza siostra biorąc przykład z matki gardziła nią. Linli krzywiąc się na myśl o siostrze wyszła z pokoju i zbiegają po schodach kierowała się w stronę ogrodu. Kochała tam przebywać. Kwiaty zawsze rozkwitały gdy się tam pojawiła niezależnie od pory dnia. Przejrzała wszystkie książki w bibliotece aby dowiedzieć się czy to można uznać za serię, ale nigdzie o tym nie pisało.

- Witajcie moje kochane.

Uśmiechnęła się a róża ponownie zakwitła pod jej dotykiem.

- Niech mówią sobie co chcą, ja wierzę że to jest moja saria.

Z radosnym uśmiechem wirowała wśród kwiatów w rytm muzyki dobiegającej z sali balowej. Wszystkie kwiaty znajdujące się w odległości trzech metrów od niej ponownie rozkwitały nabierając świeżości i kolorów. Po paru minutach położyła się na trawie pomiędzy krzakami róż i spojrzała na gwiazdy.

- Koszmar. Zaczynam mówić do kwiatów. Rodzice chyba chcą żebym naprawdę oszalała.

Nagle wysoko na niebie pojawił się się ciemny kształt. Wyglądał jak dziwna istota z olbrzymimi skrzydłami i trzema głowami. Linli uśmiechnęła się widząc go. Od miesiąca widziała ten cień na niebie, a im częściej go widziała tym bardziej była pewna że jest prawdziwy. Zawsze zastanawiała się co to może być. Czy ma pióra czy może łuski? Czy ma zęby czy dziób? Czy jest przyjaźnie nastawiona czy raczej jest bezwzględnym zabójcą? Lubiła spędzać czas na zgadywaniu jaka jest ta dziwna istota, chociaż żałowała że może nigdy nie dowie się który z jej pomysłów był trafny. Westchnęła ciężko. Nie miała pomysłu co zrobić ze swoim życiem. Przypomniał jej się występ Aisiry i pod wpływem impulsu zaczęła śpiewać.

- Gwiazdy wysokie, gwiazdy na niebie, 
W darze oddaje dzisiaj wam siebie, 
Przyjmijcie mojej ofiary blask, 
Ześlijcie z nieba strumień swych łask. 
Niebiańscy bracia przyjmijcie mnie, 
Do raju swego, na serca dnie,
Prawdziwe niebo jest w sercu mym, 
I uwierz także jest w sercu twym, 
Niechaj połączą się nieba dwa, 
Niechaj gwiaździsta miłość wciąż trwa. 

Była to jedna z piosenek które tego dnia śpiewała Aisira, a która najbardziej się spodobała złotowłosej.

- Chyba nie było tak źle. Zapytanie czy dobrze śpiewam tą piosenkę też może być wstępem do rozmowy.

Nagle rozległ się szyderczy śmiech. Linli zerwała się z ziemi i dostrzegła swoją siostrę Wiwi. Była ubrana w czerwoną, bufiastą suknie. Brązowe włosy z wplecionymi klejnotami opadały falami po jej plecach a w brązowych oczach widoczna była pogarda. Podczas gdy Linli i Res z wyglądu przypominali ojca, Wiwi i Miren wdali się w matkę.

- Czyżby moja kochana siostrzyczka próbowała śpiewać? Jak żałośnie.

Złotowłosa zacisnęła ze złości pięści.

- Czego chcesz Wiwi?

Starsza księżniczka uśmiechnęła się złośliwie.

- Nic ważnego. Przyszłam tylko zobaczyć kto tak strasznie fałszuje. Myślisz że jak zaczniesz śpiewać rodzice zwrócą na ciebie uwagę? Dla nich jesteś tylko śmieciem!

Brązowowłosa odeszła śmiejąc się pogardliwie. Linli ze złością opadła z powrotem na ziemię.

- Jak ja jej nienawidzę! Jakim cudem ona mnie zawsze znajduje?

Dziewczyna dostrzegła na niebie spadającą gwiazdę.

- Proszę cię gwiazdo, chciałabym się zmienić.

Z tą myślą udała się z powrotem do swojego pokoju gdzie szybko zasnęła

niedziela, 9 października 2016

Rozdział 5: Kerija



Kerija wpatrywała się w zbliżające się do niej płomienie. Zwykły ogień nie robił jej krzywdy ale nie była pewna jak było w przypadku gdy ktoś inny je kontrolował. Nie wiedziała dlaczego książę Res był aż tak zły. Rozumiała że mógł być zaskoczony że ktoś z poza jego rodziny kontroluje ogień ale on patrzył jakby chciał ją zabić. Nagle płomienie zniknęły i rozległ się głos dyrektora.
- Res, wszyscy jesteśmy zaskoczeni sarią naszej nowej uczennicy ale to nie znaczy że masz reagować złością.

Res skrzywił się i rozdrażniony obrócił głowę, natomiast Kerija patrzyła z niedowierzaniem na dyrektora. Nie wiedziała że można powstrzymać czyjąś sarie, dyrektor był naprawdę potężny. Zwrócił się on do niej miękkim głosem.
- Nie musisz się obawiać dziecko, co prawda twoja moc nas zaskoczyła, ale nie będziesz mieć przez to problemów.
Złowrogie spojrzenie Resa zaprzeczało słowom dyrektora, jednak Kerija zdobyła się na lekki uśmiech i szybko wróciła na miejsce. Do końca mierzenia poziomu sari starała się na nikogo nie patrzeć. Czas ciągnął się niemiłosiernie ale w końcu nadszedł czas na mowę końcową dyrektora.
- Teraz każdy już wie jakie ma możliwości. Rozkłady zajęć zostaną wam dostarczone do pokoi wieczorem. Radzę wam poświęcić dzisiaj czas na zapoznanie się ze swoimi współlokatorami bowiem spędzicie w swoim towarzystwie następne cztery lata.
Po tych słowach dyrektor wraz z profesorami opuścił salę. Kerija zastanawiała się jakie będą jej współlokatorki, przyjechała dzień wcześniej dlatego już wiedziała że pokoje są trzyosobowe, a osoby z którymi miała mieszkać jeszcze nie przyjechały. Jednak przez rozpakowanie nie miała czasu sprawdzić kim dokładnie one są. Mała zamiar wstać i udać się w stronę wyjścia ale czyjąś dłoń ją złapała i przytrzymała na krześle.
- Część, jestem Enela, a ty jesteś Kerija, prawda? Jesteśmy współlokatorkami i pewnie będziemy razem w klasie. Też mam poziom czwarty.
Głos należał do dziewczyny która siedziała na rozpoczęciu koło Keriji. Była to wysoka brunetka o brązowych, lekko skośnych oczach. Uśmiechała się szeroko i wyglądała na sympatyczną.
- Tak, jestem Kerija. Miło cię poznać Enela. Cieszę się że będę z taką miłą osobą w pokoju.
Uśmiech brunetki poszerzył się chociaż Kerija nie sądziła że było to możliwe.
- Co ty na to aby pogadać, no wiesz, poznać się się ale w innym miejscu?
Dziewczyna nie czekając na odpowiedź pociągnęła Kerije w stronę drzwi. Była zdecydowanie bardziej silna niż na to wyglądało. Rudowłosa nie mogąc wyrwać się z żelaznego uścisku dziewczyny musiała momentami biec aby nadążyć za nową koleżanką. Celem ich podróży była fontanna w centrum akademii wokół której o dziwo było pusto, zapewne wszyscy byli w kawiarni akademickiej.
- Jesteś niesamowita, wiesz?!
Kerija pokręciła przecząco głową.
- Nie żartuj nawet! Nie dość że posiadasz sarie ognia to jeszcze potrafisz ją kontrolować! Wielu uczniów nie wie jeszcze jaką sarie posiada.
Zaskoczyło to rudowłosą. Była pewna że każdy kto wybiera się do tej szkoły powinien umieć już w choć w małym stopniu umieć się posługiwać sarią. Okazuje się jednak że nie trzeba nawet wiedzieć jaką się ma moc. Przeniosła spojrzenie na brunetkę którą cały czas się uśmiechała.
- A ty jaką masz serię?
Uśmiech dziewczyny się trochę zmniejszył.
- Nie wiem. Rodzice uznali że to strata czasu żebym dowiedziała się tego wcześniej, skoro i tak nie ma wojny na której bym miała walczyć.
Kerija była zaskoczona. Ostatnio ciągle słyszała jak rodzice rozmawiali o sojuszu królestwa Yars i Kyri, i o tym że w przyszłości może to zagrażać królestwu Ogis. Aktualnie pozostałe królestwa, Rene i Birs, były w sojuszu z królestwem Ogis lecz nie wiadomo jak długo to będzie trwało. Dla rozładowania napięcia między królestwami co dwa lata organizowano turniej między wszystkimi akademiami. Odbywał się on co dwa lata, na granicy wszystkich pięciu królestw i lodowej pustyni zwanej prowincją Senno. Było to wielkie wydarzenie i przybywały na nie wszystkie rodziny królewskie. Następny turniej miał się odbyć za pół roku i Kerija nie mogła się go już doczekać.
- Oby twoi rodzice mieli rację że nie będzie żadnej wojny.
Enela pokiwała głową i rozejrzała się dokoła.
- Pięknie tu prawda?
Rudowłosa dopiero teraz przyjrzała się otoczeniu. Fontanna na której siedziały miała kształt okręgu z syreną pośrodku trzymającą muszlę z której płynęła woda. Dokoła nich były wielkie drzewa których liście zmieniały powoli kolor na złoty i czerwony. Enela miała rację, naprawdę było tu pięknie.
- Ty też byłaś zaskoczona tym że jest tu inri?
Głos Eneli się zmienił a jej postawa zdradzała napięcie.
- Tak, mnie też to zaskoczyło, sądziłam że są za słabi żeby tu być.
- Nie powinno ich tu być! To potwory! Oni są w połowie zwierzętami! Takie istoty nie powinny istnieć!
Kerija spojrzała zaskoczona na nową koleżankę.
- Boisz się ich?
Enela przygryzła wargę i niechętnie przyznała.
- Tak, oni są straszni.
Rudowłosa uśmiechnęła się.
- Wiesz, jak byłam mała babcia mi opowiadała że inri aby nie czuć się potworami wymyśliły swoje własne potwory i nazwały je nais. Uważali że przybierają oni wygląd swoich ofiar i przejmują ich wspomnienia.
Enela się zaśmiała.
- Przecież to niemożliwe aby istniały takie istoty. Czy oni są głupi?
Kerija też się zaśmiała i chwilę razem się śmiały zanim odpowiedziała.
- No i widzisz. Jak tak głupie istoty mogą być straszne? Chociaż… od tamtej trójki lepiej trzymajmy się z daleka.
Enela pokiwała głową i podnosząc się z miejsca złapała koleżankę za rękę.
- Chodź. Poznamy naszą współlokatorkę, z tego co sprawdzałam nazywa się Birna.
I znowu nie czekając na odpowiedź Keriji ruszyła biegiem ciągnąc ją za sobą. Podróż do pokoju zajęła im dużo czasu ponieważ Enela wbiegała w losowo wybranych korytarzy i musiały często zawracać. Do pokoju dotarły dopiero gdy zegar wybijał południe jednak gdy otworzyły drzwi, zamarły. W środku czarnowłosa dziewczyna, będąca zapewne Birną, spokojnie popijała herbatę w towarzystwie… księcia Mirena. Chłopak spojrzał w ich stronę a na jego twarzy pojawiła się… ulga?
- Cieszę się że już jesteście. Kerija, nie mogłem cię znaleźć a Birna powiedziała że mogę tu zaczekać. Mam nadzieję że nie macie nic przeciwko?
Obydwie natychmiast pokręciły głowami.
- Skąd znasz moje imię?
- Birna mi powiedziała.
Książę wstał i skłonił się lekko.
- Chciałem cię przeprosić za zachowanie mojego brata. Twoja saria nas zaskoczyła a Res jest trochę na tym punkcie przewrażliwiony…
- Z powodu waszej młodszej która nie posiada mocy, prawda?
Książę momentalnie spojrzał zirytowany na Birne która się wtrąciła.
- Tak, właśnie z tego powodu.
Kerija z Enelą były jeszcze bardziej zaskoczone niż wcześniej.
- Masz młodszą siostrę?
Kerija myślała że wiedziała już wszystko o rodzinie królewskiej ale najwidoczniej się myliła. Zanim Miren zdążył odpowiedzieć ubiegła go czarnowłosa.
- Od dziesięciu lat nie pojawiała się publicznie i niektórzy sądzą że już nie żyje. Ale według moich źródeł, całe dnie spędza w swojej komnacie z nikim nie rozmawiając. Czy ona jest szalona?
- Linli nie jest szalona!
Wybuch księcia zaskoczył je. Żadna z dziewczyn nie miała odwagi się odezwać.  Miren widząc reakcję dziewczyn wziął głęboki oddech aby się uspokoić zanim się odezwał.
- Wybaczcie, pójdę już. Jeszcze raz wybacz Kerija.
- Ah…nie…w porządku. Nic się nie stało
Dziewczyny patrzyły jak książę znika za zakrętem zanim wszystkie trzy się nie roześmiały.
- Udało ci się dopiec księciu!
Enela ledwie mówiła przez śmiech. Wszystkie szanowały rodzinę królewską ale jak każdy chciały przynajmniej chociaż raz w życiu móc ich zdenerwować bez konsekwencji, a tylko w akademii, gdzie każdy jest równy, było to możliwe.
- Miło cię poznać Birna, jestem Kerija a to jest Enela. Jestem pewna że będziemy się świetnie dogadywać.
Wszystkie trzy uśmiechnęły się do siebie. Biena na pierwszy rzut oka wydawała się oschła. Czarne włosy miała spięte w ciasny kok na głowie, a na nosie miała duże, okrągłe okulary powiększające w niewielkim stopniu jej orzechowe oczy. W jej głosie słychać było wyższość co było często cechą rozpoznawalną dzieci szlachty wychowanych w przekonaniu że nie ma nikogo lepszego od nich. Jednak gdy się uśmiechała wydawała się sympatyczną.
- Skąd wiedziałaś o jego siostrze?
Czarnowłosa z uśmiechem postukała palcem w trzymane przez nią kartki.
- Mam swoje źródła. Wiecie, od jakiegoś czasu bardzo podziwiam księżniczkę Wiwi więc chciałam się o niej jak najwięcej dowiedzieć. Chociaż mnie istnienie najmłodszej księżniczki też zaskoczyło. Może naprawdę jest szalona?
- Jesteś niesamowita!
Enela wydawała się być zachwycona nową koleżankę ale rudowłosa też ją od razu polubiła. Nagle coś za oknem przyciągnęło spojrzenie Keriji. W powietrzu unosił się czerwonowłosy mężczyzna w złotej zbroi. Przypominał trochę Mirena lecz był dużo starszy. Kiedy zauważył że mu się przygląda, uśmiechnął się, położył palec na ustach nakazując ciszę i…. zniknął! Po prostu zniknął! Dziewczyna podbiegła do okna ale dziwnego mężczyzny nigdzie nie było.
- Wszystko w porządku Kerija?
Dziewczyna chwilę jeszcze stała przy oknie po czym odwróciła się do koleżanek.
- Tak, po prostu wydawało mi się że widziałam kogoś za oknem. To nic takiego. Może pójdziemy już na obiad? Przegapiłam śniadanie i wprost umieram z głodu.
Dziewczyny były zaskoczone lecz nie pytały o nic więcej i wszystkie trzy ruszyły do jadalni. Tym razem z Birną, która znała już chyba cały rozkład pomieszczeń akademii na pamięć, dotarły tam bardzo szybko. O tej porze w jadalni nie było wiele osób. Pomieszczenie było ogromne. Najdalej od drzwi, na podwyższeniu stał długi drewniany stół przeznaczony zapewne dla profesorów. Pozostałe, mniejsze stoliki stały w równych od siebie miejscach a przy każdym było po sześć krzeseł. Dziewczyny usiadły przy stole najbliżej drzwi i czekały aż służba poda im obiad. Na sali było dziwnie mało osób, zaledwie cztery stoły były zajęte i z tego co Kerija pamiętała wszyscy oni mieli czwarty poziom.
- Jak myślicie, gdzie są wszyscy?
Enela wzruszyła ramionami natomiast Birna spojrzała podejrzliwie po pustych krzesłach.
- Daj mi po obiedzie godzinę a wszystkiego się dowiem.
Rudowłosa uśmiechnęła się, a jej uśmiech powiększył się jeszcze bardziej gdy dostrzegła przy stole pod ścianą Mirena. Jednak jej uśmiech zgasł gdy zobaczyła że siedzi przy stole ze swoim bratem i jego kolegami.
- Myślicie że książę Miren długo będzie się gniewał za słowa Birny?
Jej koleżanki wymieniły znaczące spojrzenia a na ich twarzach pojawiły się szatańskie uśmiechy. 
- Nie martw się, on już cię bardzo lubi.
- I nie będzie cię obwiniał za moje zachowanie. W końcu przyszedł cię przeprosić za swojego brata, a nie musiał.
Birna i Enela nawet nie starały się zachować powagi tylko śmiały się w najlepsze. Kerija czuła że jej policzki robią się czerwone więc szybko zmieniła temat.
- Czy to nie dziwne że ze starszych roczników jest tylko ta trójka?
Czarnowłosa z zachwytem wpatrywała się w przyniesione przez służącego naleśniki z błękitnymi owocami cziłcził. Owoce te miały kształt trzech połączonych ze sobą bokami kulek i były bardzo słodkie.
- Starsze roczniki rozpoczynają naukę dopiero w przyszłym miesiącu, ta trójka to najlepsi uczniowie akademii i mają teraz dodatkowe szkolenia przygotowujące do turnieju.
Kerija się skrzywiła. To że jeden z najlepszych uczniów czuł do niej niechęć mogło źle wróżyć na jej przyszłość. Nic już nie mówiąc zjadły szybko naleśniki i wyszły z sali, starając się uniknąć wzroku książąt. Na zewnątrz Enela z uśmiechem odwróciła się do dziewczyn.
- To co teraz porobimy?
Zanim którąkolwiek zdążyła się odezwać z góry dobiegło wołanie.
- Uwaga!
Kerija spojrzała w górę. Ostatnie co zobaczyła to zbliżający się do niej szybko jakiś kształt, a potem nastała już tylko ciemność.

Rozdział 4: Aisira



Aisira patrzyła na krwawiącego przed nią nais nie wiedząc co zrobić. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że powinna stąd jak najszybciej uciekać, ale serce mówiło, że nie może zostawić rannego proszącego ją o pomoc. Przeklnęła los, który dał jej moc uzdrawiania. Jedna osoba na sto rodziła się oprócz ze swoją sarią, z mocą uzdrawiania i Aisira była jednym z tych nieszczęśników. Uzdrowiciel nie był w stanie nikogo skrzywdzić, bo sam odczuwał wtedy ból. Aisira poświęciła wiele lat, aby ranienie innych nie sprawiało jej bólu, jednak odmówienie pomocy wciąż sprawiało jej trudność. Przeklinając pod nosem uklękła przy nais i obejrzała jego rany. Najwięcej ran było zadanych od miecza bądź innej ostrej broni, ale były też wyglądające na zadane rozgrzanym metalem. Były też liczne poparzenia i blizny. Dziewczyna była zaskoczona, że po otrzymaniu tylu ran wciąż żyje.
- Nie ruszaj się.
Na jej dłoniach pojawiły się świecące znaki, a kiedy dotknęła nais pojawiły się one również na całym jego ciele. Ranny jęknął, ale posłusznie nie poruszył się. Leczenie nie należało do najprzyjemniejszych, a im większy był obszar do uleczenia tym bardziej było ono bolesne. Aisira nie była pewna ile czasu zajęło jej leczenie, ale gdy skończyła, księżyc błyszczał już wysoko na niebie. Spojrzała na swojego pacjenta. Oczy miał mocno zaciśnięte, szybko oddychał, a na jego czole pojawiły się krople potu. Była to naturalna reakcja na taką ilość bólu.
- Dasz radę dojść do łóżka czy ci…
Nie skończyła mówić,  kiedy on się podniósł, ten nagły ruch przestraszył dziewczynę, która pisnęła. Nais nie zwracając na nią uwagi, wspomagając się skrzydłami dotarł do łóżka i ciężko na nie upadł. Kiedy przez dłuższą chwilę nie zrobił nic więcej Aisira powoli wstała z ziemi i podeszła do swojego nieoczekiwanego gościa. Ostrożnie wyciągnęła z pod niego pościel, co nie było wcale łatwe i przykryła go. Następnie położyła na stoliczku koło łóżka dwa pozostałe jej chleby i podeszła do części pomieszczenia służącego za kuchnię. Na ognistym kamieniu położyła garnek i napełniła go lodem. Gotowanie w ten sposób zajmowało trochę czasu, ale przynajmniej miała pewność, że woda, która powstanie z lodu będzie czysta i bez chorób. Wysłała odrobinę sari do kamienia ognistego, który natychmiast się rozgrzał. Upewniwszy się, że kamień jest dobrze zabezpieczony i nic od niego się nie zapali, skierowała się w stronę drzwi.
- Wrócę za chwilę, ty w tym czasie możesz posilić się chlebem.
Nais nie zareagował, nawet na nią nie spojrzał. Widząc go tak bezsilnego, coraz mniej się bała. Wzruszyła ramionami i wyszła. Polowanie nie zajęło długo. Miała tego dnia szczęście i szybko złapała w lesie trzy zające. Po drodze wzięła jeszcze parę warzyw z małego ogródka za chatką. Z wprawą oskórowała i wypatroszyła zwierzęta, a następnie weszła do chatki. Woda w garnku zaczęła się właśnie gotować, więc dorzuciła do niej warzywa i dwa zające, trzeciego zamroziła i schowała. Zadowolona z siebie odwróciła się w stronę łóżka i natychmiast się skrzywiła. Pacjent wykonał jej polecenie, jednak zjadł oba chleby nic jej nie zostawiając.
- Widzę, że musiałeś być naprawdę głodny.
Nie odpowiedział ale przynajmniej otworzył oczy i spojrzał na nią.

- Jestem Aisira. A ty?
Cisza przeciągała się w nieskończoność i nie sądziła, że odpowie.
- Arach.
Nagła odpowiedź wywołała uśmiech na jej twarzy. Czyli nais też posiadają imiona. Nie wiedziała za dużo o tych istotach, lecz ten nais pomimo strasznego wyglądu nie wydawał się chcieć jej skrzywdzić. Wykorzystała okazję, aby dokładnie mu się przyjrzeć. Miał długie, sięgające za barki nastroszone czarne włosy. Jego uszy były trochę podobne do ludzkich, ale bardzo szpiczaste. Miał jedno oko złote, a drugie czerwone, a źrenice zamiast okrągłych były w kształcie pionowej kreski. Na prawym policzku miał wyryte dwie linie, jedna pod drugą. Niższa linia była trochę krótsza od wyższej i widać było, że zostały zrobione specjalnie i starannie, na pewno nie otrzymał ich w walce. Skrzydła, przypominające kształtem nietoperze przyciskały pościel blisko jego ciała. Wyglądał trochę jakby mu było zimno. Po chwili zrozumiała dlaczego i przeklnęła się za głupotę. W chatce nie było palone od ponad roku, a zbliżała się zima i noce były coraz zimniejsze. Rany musiały go bardzo osłabić, a po leczeniu był bardzo wrażliwy na bodźce zewnętrzne. Jej osobiście nigdy nie było zimno, było to spowodowane zapewne przez sarie, którą władała lecz i za to była cena. Mogła spokojnie w zimie biegać boso po śniegu w cienkich ubraniach, ale za to w gorące dni czasami nie miała siły nawet wstać z łóżka. Było to trochę dziwne, ale już się przyzwyczaiła, a las w którym znajdowała się chatka choć trochę chronił ją w lecie przed gorącym słońcem. Szybko wyszła na zewnątrz i skierowała się na tył domu. Poprzedni właściciel zostawił tam ładny stosik porąbanego drewna, zanim umarł. Dziewczyna zabrała trochę drewna i wróciła do środka. Czuła na placach wzrok Aracha, co ją trochę stresowało, w końcu on był potworem, a ona nie miała na sobie zbroi tylko cienki, skąpy strój. Po ułożeniu drewna w kominku wzięła do ręki odłamek ognistego kamienia i napełniając go sarią rzuciła pomiędzy drewno. Po kilku minutach ogień zapłonął, a Aisira szybko się odsunęła, nie przepadała za płomieniami.
- Za chwilę powinno zrobić się cieplej, a teraz….
Nalała bulionu z garnka do kubka i położyła przy łóżku, cały czas starając się nie patrzeć na pacjenta.
- …wypij to, powinno cię szybko rozgrzać. Zaraz dam ci jeszcze zająca, ale po leczeniu nie powinieneś za dużo jeść, a więcej pić.
Znowu nie odpowiedział, ale szybko wypił napój i podał jej kubek. Zauważyła, że szpony zniknęły, ale to nie powstrzymało wzdrygnięcia, gdy przypadkiem dotknęła jego palców jak odbierała kubek. Kolejny raz stwierdziła, że musiał być bardzo głodny. Oprócz zjedzenia zająca wypił prawie cały garnek bulionu, oddała mu nawet połowę swojego zająca. Dopiero po najedzeniu się widocznie się odprężył i zasnął. Aisira dopiero teraz mogła się odprężyć i przemyśleć całą sytuację. Pomimo początkowego zaskoczenia nais widocznie wiedział, że jest uzdrowicielką i że mu pomoże, ale skąd? Według tego co przed śmiercią opowiadała jej matka, wiele wieków temu okropne i obrzydliwe stwory zwane nais żyły pomiędzy ludźmi i inri. Istoty te atakowały zawsze po zachodzie słońca, dlatego wieczorami mieszkańcy miast i wiosek zamykali się w domach a zaproszenia na spotkania po zmroku traktowali z podejrzliwością, ponieważ gdy nais pożerał swoją ofiarę przejmował jej wygląd i wspomnienia, dzięki czemu mógł zwabiać kolejne ofiary. Aisira jeszcze raz spojrzała na swojego pacjenta. Czy to co widzi to jego prawdziwa postać czy skradziony wygląd? I czy imię Arach jest jego, czy jego ostatniej ofiary? Poczuła nagłą potrzebę ucieczki. Jeśli to wszystko prawda właśnie uleczyła swojego przyszłego zabójce. Szybko pobiegła w stronę drzwi chcąc jak najszybciej wydostać się z chatki, ale potknęła się uderzyła w drzwi. Masując obolałą głowę i ze złością spojrzała na to co przeszkodziło jej w ucieczce. To był ogon Aracha. Głupia w ucieczce przebiegła koło łóżka nie zauważając że spod pościeli na ziemi wystaje ogon jej pacjenta. Odruchowo złapała się za stopę dopiero po chwili uświadamiając sobie że na ogonie nie ma już kolców. Nais się nie obudził, skrzywił się tylko i zaczął niespokojnie przewracać się z boku na bok. Widocznie przez nią jego sen zmienił się w koszmar. Odetchnęła z ulgą i wstała naciskając klamkę…i nic. Drzwi ani drgnęły. Po chwili siłowania się z nimi z rezygnacją stwierdziła że jest uwięziona we własnym domu. Jedyną drogą ucieczki było jeszcze okno lecz żeby się do niego dostać musiałaby przejść po leżącym na łóżku nais a nie miała zamiaru aż tak ryzykować. Usiadła na ziemi opierając się plecami o drzwi. Pacjent był coraz bardziej niespokojny więc zarzucił cicho jedną z kołysanek które znała.
- Lala lila lala lila 
Księżyc dziecię swe otula 
Zaśnij dziecię, księżyca blask 
Ucieszy przeszłości głosów wrzask 
Lala lila lala lila 
Księżyc dziecię swe otula 
Zamknij dziecię swe oczęta 
Niech uśpi cię piosenka ta 
Lala lila lala lila 
Księżyc dziecię swe otula 
Niech przyśnią ci się piękne sny 
Niech odegnają obraz tej wojny 
Lala lila lala lila 
Księżyc dziecię swe otula.
Arach uspokoił się i znów słyszała jego spokojny oddech.
Aisira zmęczona powoli usypiała. Przed snem wyszeptała jeszcze do siebie.
- Świetnie, jutro umrę.