Translate

wtorek, 11 października 2016

Rozdział 6: Linli


Linli, siedząc przy oknie, wpatrywała się w błyszczące gwiazdy i wsłuchiwała się w muzykę dochodzącą z sali balowej. Rodzice urządzili bankiet na który oczywiście jej nie zaprosili. Często myślała jakby zareagowali gdyby poszła na salę. Czy kazaliby ją wyprowadzić, czy raczej przedstawiliby wszystkim? Brakowało jej jednak odwagi aby to sprawdzić. Za bardzo bała się rodziców. Ciągle nie mogła zapomnieć tego co wydarzyło się dziesięć lat wcześniej. Podczas przyjęcia wydanego z okazji jej siódmych urodzin, podeszła do Kamienia Poznania aby odkryć swoją serię. Widziała jak rok wcześniej jej brat Miren to robił i wiedziała że powinny otoczyć ją płomienie ale nic się nie stało. Kamień nawet nie zalśnił na znak że posiada jakąkolwiek serię. Jej ojciec zawsze miał wybuchowy charakter ale nigdy nie widziała go w takiej furii. Złapał ją mocno za ramię i ze złością zaciągnął w stronę wieży, nie zwracając uwagi na to że Linli potyka się na schodach i nabija sobie siniaki. Król miał pokryte już lekką siwizną, krótkie blond włosy. W jego niebieskich oczach i na pokrytej już zmarszczkami twarzy malowała się wściekłość.  Wrzucił ją do pokoju na szczycie wieży i bez słowa zamknął drzwi na klucz. Złotowłosa uderzała pięściami w drzwi i krzyczała, jednak nikt nie reagował. Po godzinie gdy siedziała już wyczerpana pod ścianą drzwi się otworzyły i stanęła w nich królowa. Jej długie brązowe włosy były upięte w modną, skomplikowaną fryzurę w którą wpięto bogato zdobioną koronę. Pod brązowymi oczami pojawiały się pierwsze zmarszczki. Ubrana była w krwistoczerwoną suknie, nigdy nie nosiła innego koloru. Linli bez wachania podbiegła i przytuliła się do matki.

- Mamusiu, tatuś mnie tu zamknął. Tak bardzo się bałam…

Mocne uderzenie w twarz powaliło dziewczynkę na ziemię. Oszołomiona spojrzała na matkę. Na twarzy królowej malowało się obrzydzenie.

- Nigdy więcej nie nazywaj mnie tak! Nie chce nawet myśleć że urodziłam tak bezwartościowe dziecko!

Wskazała ręką na pokój do którego służący szybko wnosili meble i rzeczy dziewczynki.

- Od teraz to twój pokój. Nie waż się z tąd wychodzić bez pozwolenia! Nigdy nie pokazuj się publicznie! Rozumiesz?!

Przerażona dziewczynka szybko pokiwała głową. Królowa jeszcze przez chwilę patrzyła skrzywiona na swoje dziecko, po czym wyszła trzaskając drzwiami. Linli szybko odegnała to wspomnienie. Od tamtego dnia rodzice nie odezwali się do niej. Miała już co prawda pozwolenie na swobodne chodzenie po zamku i przymykano oko na jej wycieczki poza zamek, jednak dla rodziców wręcz nie istniała. Gdyby nie jej dwaj starsi bracia którzy ciągle przesiadywali u niej w pokoju, rodzice pewnie zapomnieliby o jej istnieniu, starsza siostra biorąc przykład z matki gardziła nią. Linli krzywiąc się na myśl o siostrze wyszła z pokoju i zbiegają po schodach kierowała się w stronę ogrodu. Kochała tam przebywać. Kwiaty zawsze rozkwitały gdy się tam pojawiła niezależnie od pory dnia. Przejrzała wszystkie książki w bibliotece aby dowiedzieć się czy to można uznać za serię, ale nigdzie o tym nie pisało.

- Witajcie moje kochane.

Uśmiechnęła się a róża ponownie zakwitła pod jej dotykiem.

- Niech mówią sobie co chcą, ja wierzę że to jest moja saria.

Z radosnym uśmiechem wirowała wśród kwiatów w rytm muzyki dobiegającej z sali balowej. Wszystkie kwiaty znajdujące się w odległości trzech metrów od niej ponownie rozkwitały nabierając świeżości i kolorów. Po paru minutach położyła się na trawie pomiędzy krzakami róż i spojrzała na gwiazdy.

- Koszmar. Zaczynam mówić do kwiatów. Rodzice chyba chcą żebym naprawdę oszalała.

Nagle wysoko na niebie pojawił się się ciemny kształt. Wyglądał jak dziwna istota z olbrzymimi skrzydłami i trzema głowami. Linli uśmiechnęła się widząc go. Od miesiąca widziała ten cień na niebie, a im częściej go widziała tym bardziej była pewna że jest prawdziwy. Zawsze zastanawiała się co to może być. Czy ma pióra czy może łuski? Czy ma zęby czy dziób? Czy jest przyjaźnie nastawiona czy raczej jest bezwzględnym zabójcą? Lubiła spędzać czas na zgadywaniu jaka jest ta dziwna istota, chociaż żałowała że może nigdy nie dowie się który z jej pomysłów był trafny. Westchnęła ciężko. Nie miała pomysłu co zrobić ze swoim życiem. Przypomniał jej się występ Aisiry i pod wpływem impulsu zaczęła śpiewać.

- Gwiazdy wysokie, gwiazdy na niebie, 
W darze oddaje dzisiaj wam siebie, 
Przyjmijcie mojej ofiary blask, 
Ześlijcie z nieba strumień swych łask. 
Niebiańscy bracia przyjmijcie mnie, 
Do raju swego, na serca dnie,
Prawdziwe niebo jest w sercu mym, 
I uwierz także jest w sercu twym, 
Niechaj połączą się nieba dwa, 
Niechaj gwiaździsta miłość wciąż trwa. 

Była to jedna z piosenek które tego dnia śpiewała Aisira, a która najbardziej się spodobała złotowłosej.

- Chyba nie było tak źle. Zapytanie czy dobrze śpiewam tą piosenkę też może być wstępem do rozmowy.

Nagle rozległ się szyderczy śmiech. Linli zerwała się z ziemi i dostrzegła swoją siostrę Wiwi. Była ubrana w czerwoną, bufiastą suknie. Brązowe włosy z wplecionymi klejnotami opadały falami po jej plecach a w brązowych oczach widoczna była pogarda. Podczas gdy Linli i Res z wyglądu przypominali ojca, Wiwi i Miren wdali się w matkę.

- Czyżby moja kochana siostrzyczka próbowała śpiewać? Jak żałośnie.

Złotowłosa zacisnęła ze złości pięści.

- Czego chcesz Wiwi?

Starsza księżniczka uśmiechnęła się złośliwie.

- Nic ważnego. Przyszłam tylko zobaczyć kto tak strasznie fałszuje. Myślisz że jak zaczniesz śpiewać rodzice zwrócą na ciebie uwagę? Dla nich jesteś tylko śmieciem!

Brązowowłosa odeszła śmiejąc się pogardliwie. Linli ze złością opadła z powrotem na ziemię.

- Jak ja jej nienawidzę! Jakim cudem ona mnie zawsze znajduje?

Dziewczyna dostrzegła na niebie spadającą gwiazdę.

- Proszę cię gwiazdo, chciałabym się zmienić.

Z tą myślą udała się z powrotem do swojego pokoju gdzie szybko zasnęła

niedziela, 9 października 2016

Rozdział 5: Kerija



Kerija wpatrywała się w zbliżające się do niej płomienie. Zwykły ogień nie robił jej krzywdy ale nie była pewna jak było w przypadku gdy ktoś inny je kontrolował. Nie wiedziała dlaczego książę Res był aż tak zły. Rozumiała że mógł być zaskoczony że ktoś z poza jego rodziny kontroluje ogień ale on patrzył jakby chciał ją zabić. Nagle płomienie zniknęły i rozległ się głos dyrektora.
- Res, wszyscy jesteśmy zaskoczeni sarią naszej nowej uczennicy ale to nie znaczy że masz reagować złością.

Res skrzywił się i rozdrażniony obrócił głowę, natomiast Kerija patrzyła z niedowierzaniem na dyrektora. Nie wiedziała że można powstrzymać czyjąś sarie, dyrektor był naprawdę potężny. Zwrócił się on do niej miękkim głosem.
- Nie musisz się obawiać dziecko, co prawda twoja moc nas zaskoczyła, ale nie będziesz mieć przez to problemów.
Złowrogie spojrzenie Resa zaprzeczało słowom dyrektora, jednak Kerija zdobyła się na lekki uśmiech i szybko wróciła na miejsce. Do końca mierzenia poziomu sari starała się na nikogo nie patrzeć. Czas ciągnął się niemiłosiernie ale w końcu nadszedł czas na mowę końcową dyrektora.
- Teraz każdy już wie jakie ma możliwości. Rozkłady zajęć zostaną wam dostarczone do pokoi wieczorem. Radzę wam poświęcić dzisiaj czas na zapoznanie się ze swoimi współlokatorami bowiem spędzicie w swoim towarzystwie następne cztery lata.
Po tych słowach dyrektor wraz z profesorami opuścił salę. Kerija zastanawiała się jakie będą jej współlokatorki, przyjechała dzień wcześniej dlatego już wiedziała że pokoje są trzyosobowe, a osoby z którymi miała mieszkać jeszcze nie przyjechały. Jednak przez rozpakowanie nie miała czasu sprawdzić kim dokładnie one są. Mała zamiar wstać i udać się w stronę wyjścia ale czyjąś dłoń ją złapała i przytrzymała na krześle.
- Część, jestem Enela, a ty jesteś Kerija, prawda? Jesteśmy współlokatorkami i pewnie będziemy razem w klasie. Też mam poziom czwarty.
Głos należał do dziewczyny która siedziała na rozpoczęciu koło Keriji. Była to wysoka brunetka o brązowych, lekko skośnych oczach. Uśmiechała się szeroko i wyglądała na sympatyczną.
- Tak, jestem Kerija. Miło cię poznać Enela. Cieszę się że będę z taką miłą osobą w pokoju.
Uśmiech brunetki poszerzył się chociaż Kerija nie sądziła że było to możliwe.
- Co ty na to aby pogadać, no wiesz, poznać się się ale w innym miejscu?
Dziewczyna nie czekając na odpowiedź pociągnęła Kerije w stronę drzwi. Była zdecydowanie bardziej silna niż na to wyglądało. Rudowłosa nie mogąc wyrwać się z żelaznego uścisku dziewczyny musiała momentami biec aby nadążyć za nową koleżanką. Celem ich podróży była fontanna w centrum akademii wokół której o dziwo było pusto, zapewne wszyscy byli w kawiarni akademickiej.
- Jesteś niesamowita, wiesz?!
Kerija pokręciła przecząco głową.
- Nie żartuj nawet! Nie dość że posiadasz sarie ognia to jeszcze potrafisz ją kontrolować! Wielu uczniów nie wie jeszcze jaką sarie posiada.
Zaskoczyło to rudowłosą. Była pewna że każdy kto wybiera się do tej szkoły powinien umieć już w choć w małym stopniu umieć się posługiwać sarią. Okazuje się jednak że nie trzeba nawet wiedzieć jaką się ma moc. Przeniosła spojrzenie na brunetkę którą cały czas się uśmiechała.
- A ty jaką masz serię?
Uśmiech dziewczyny się trochę zmniejszył.
- Nie wiem. Rodzice uznali że to strata czasu żebym dowiedziała się tego wcześniej, skoro i tak nie ma wojny na której bym miała walczyć.
Kerija była zaskoczona. Ostatnio ciągle słyszała jak rodzice rozmawiali o sojuszu królestwa Yars i Kyri, i o tym że w przyszłości może to zagrażać królestwu Ogis. Aktualnie pozostałe królestwa, Rene i Birs, były w sojuszu z królestwem Ogis lecz nie wiadomo jak długo to będzie trwało. Dla rozładowania napięcia między królestwami co dwa lata organizowano turniej między wszystkimi akademiami. Odbywał się on co dwa lata, na granicy wszystkich pięciu królestw i lodowej pustyni zwanej prowincją Senno. Było to wielkie wydarzenie i przybywały na nie wszystkie rodziny królewskie. Następny turniej miał się odbyć za pół roku i Kerija nie mogła się go już doczekać.
- Oby twoi rodzice mieli rację że nie będzie żadnej wojny.
Enela pokiwała głową i rozejrzała się dokoła.
- Pięknie tu prawda?
Rudowłosa dopiero teraz przyjrzała się otoczeniu. Fontanna na której siedziały miała kształt okręgu z syreną pośrodku trzymającą muszlę z której płynęła woda. Dokoła nich były wielkie drzewa których liście zmieniały powoli kolor na złoty i czerwony. Enela miała rację, naprawdę było tu pięknie.
- Ty też byłaś zaskoczona tym że jest tu inri?
Głos Eneli się zmienił a jej postawa zdradzała napięcie.
- Tak, mnie też to zaskoczyło, sądziłam że są za słabi żeby tu być.
- Nie powinno ich tu być! To potwory! Oni są w połowie zwierzętami! Takie istoty nie powinny istnieć!
Kerija spojrzała zaskoczona na nową koleżankę.
- Boisz się ich?
Enela przygryzła wargę i niechętnie przyznała.
- Tak, oni są straszni.
Rudowłosa uśmiechnęła się.
- Wiesz, jak byłam mała babcia mi opowiadała że inri aby nie czuć się potworami wymyśliły swoje własne potwory i nazwały je nais. Uważali że przybierają oni wygląd swoich ofiar i przejmują ich wspomnienia.
Enela się zaśmiała.
- Przecież to niemożliwe aby istniały takie istoty. Czy oni są głupi?
Kerija też się zaśmiała i chwilę razem się śmiały zanim odpowiedziała.
- No i widzisz. Jak tak głupie istoty mogą być straszne? Chociaż… od tamtej trójki lepiej trzymajmy się z daleka.
Enela pokiwała głową i podnosząc się z miejsca złapała koleżankę za rękę.
- Chodź. Poznamy naszą współlokatorkę, z tego co sprawdzałam nazywa się Birna.
I znowu nie czekając na odpowiedź Keriji ruszyła biegiem ciągnąc ją za sobą. Podróż do pokoju zajęła im dużo czasu ponieważ Enela wbiegała w losowo wybranych korytarzy i musiały często zawracać. Do pokoju dotarły dopiero gdy zegar wybijał południe jednak gdy otworzyły drzwi, zamarły. W środku czarnowłosa dziewczyna, będąca zapewne Birną, spokojnie popijała herbatę w towarzystwie… księcia Mirena. Chłopak spojrzał w ich stronę a na jego twarzy pojawiła się… ulga?
- Cieszę się że już jesteście. Kerija, nie mogłem cię znaleźć a Birna powiedziała że mogę tu zaczekać. Mam nadzieję że nie macie nic przeciwko?
Obydwie natychmiast pokręciły głowami.
- Skąd znasz moje imię?
- Birna mi powiedziała.
Książę wstał i skłonił się lekko.
- Chciałem cię przeprosić za zachowanie mojego brata. Twoja saria nas zaskoczyła a Res jest trochę na tym punkcie przewrażliwiony…
- Z powodu waszej młodszej która nie posiada mocy, prawda?
Książę momentalnie spojrzał zirytowany na Birne która się wtrąciła.
- Tak, właśnie z tego powodu.
Kerija z Enelą były jeszcze bardziej zaskoczone niż wcześniej.
- Masz młodszą siostrę?
Kerija myślała że wiedziała już wszystko o rodzinie królewskiej ale najwidoczniej się myliła. Zanim Miren zdążył odpowiedzieć ubiegła go czarnowłosa.
- Od dziesięciu lat nie pojawiała się publicznie i niektórzy sądzą że już nie żyje. Ale według moich źródeł, całe dnie spędza w swojej komnacie z nikim nie rozmawiając. Czy ona jest szalona?
- Linli nie jest szalona!
Wybuch księcia zaskoczył je. Żadna z dziewczyn nie miała odwagi się odezwać.  Miren widząc reakcję dziewczyn wziął głęboki oddech aby się uspokoić zanim się odezwał.
- Wybaczcie, pójdę już. Jeszcze raz wybacz Kerija.
- Ah…nie…w porządku. Nic się nie stało
Dziewczyny patrzyły jak książę znika za zakrętem zanim wszystkie trzy się nie roześmiały.
- Udało ci się dopiec księciu!
Enela ledwie mówiła przez śmiech. Wszystkie szanowały rodzinę królewską ale jak każdy chciały przynajmniej chociaż raz w życiu móc ich zdenerwować bez konsekwencji, a tylko w akademii, gdzie każdy jest równy, było to możliwe.
- Miło cię poznać Birna, jestem Kerija a to jest Enela. Jestem pewna że będziemy się świetnie dogadywać.
Wszystkie trzy uśmiechnęły się do siebie. Biena na pierwszy rzut oka wydawała się oschła. Czarne włosy miała spięte w ciasny kok na głowie, a na nosie miała duże, okrągłe okulary powiększające w niewielkim stopniu jej orzechowe oczy. W jej głosie słychać było wyższość co było często cechą rozpoznawalną dzieci szlachty wychowanych w przekonaniu że nie ma nikogo lepszego od nich. Jednak gdy się uśmiechała wydawała się sympatyczną.
- Skąd wiedziałaś o jego siostrze?
Czarnowłosa z uśmiechem postukała palcem w trzymane przez nią kartki.
- Mam swoje źródła. Wiecie, od jakiegoś czasu bardzo podziwiam księżniczkę Wiwi więc chciałam się o niej jak najwięcej dowiedzieć. Chociaż mnie istnienie najmłodszej księżniczki też zaskoczyło. Może naprawdę jest szalona?
- Jesteś niesamowita!
Enela wydawała się być zachwycona nową koleżankę ale rudowłosa też ją od razu polubiła. Nagle coś za oknem przyciągnęło spojrzenie Keriji. W powietrzu unosił się czerwonowłosy mężczyzna w złotej zbroi. Przypominał trochę Mirena lecz był dużo starszy. Kiedy zauważył że mu się przygląda, uśmiechnął się, położył palec na ustach nakazując ciszę i…. zniknął! Po prostu zniknął! Dziewczyna podbiegła do okna ale dziwnego mężczyzny nigdzie nie było.
- Wszystko w porządku Kerija?
Dziewczyna chwilę jeszcze stała przy oknie po czym odwróciła się do koleżanek.
- Tak, po prostu wydawało mi się że widziałam kogoś za oknem. To nic takiego. Może pójdziemy już na obiad? Przegapiłam śniadanie i wprost umieram z głodu.
Dziewczyny były zaskoczone lecz nie pytały o nic więcej i wszystkie trzy ruszyły do jadalni. Tym razem z Birną, która znała już chyba cały rozkład pomieszczeń akademii na pamięć, dotarły tam bardzo szybko. O tej porze w jadalni nie było wiele osób. Pomieszczenie było ogromne. Najdalej od drzwi, na podwyższeniu stał długi drewniany stół przeznaczony zapewne dla profesorów. Pozostałe, mniejsze stoliki stały w równych od siebie miejscach a przy każdym było po sześć krzeseł. Dziewczyny usiadły przy stole najbliżej drzwi i czekały aż służba poda im obiad. Na sali było dziwnie mało osób, zaledwie cztery stoły były zajęte i z tego co Kerija pamiętała wszyscy oni mieli czwarty poziom.
- Jak myślicie, gdzie są wszyscy?
Enela wzruszyła ramionami natomiast Birna spojrzała podejrzliwie po pustych krzesłach.
- Daj mi po obiedzie godzinę a wszystkiego się dowiem.
Rudowłosa uśmiechnęła się, a jej uśmiech powiększył się jeszcze bardziej gdy dostrzegła przy stole pod ścianą Mirena. Jednak jej uśmiech zgasł gdy zobaczyła że siedzi przy stole ze swoim bratem i jego kolegami.
- Myślicie że książę Miren długo będzie się gniewał za słowa Birny?
Jej koleżanki wymieniły znaczące spojrzenia a na ich twarzach pojawiły się szatańskie uśmiechy. 
- Nie martw się, on już cię bardzo lubi.
- I nie będzie cię obwiniał za moje zachowanie. W końcu przyszedł cię przeprosić za swojego brata, a nie musiał.
Birna i Enela nawet nie starały się zachować powagi tylko śmiały się w najlepsze. Kerija czuła że jej policzki robią się czerwone więc szybko zmieniła temat.
- Czy to nie dziwne że ze starszych roczników jest tylko ta trójka?
Czarnowłosa z zachwytem wpatrywała się w przyniesione przez służącego naleśniki z błękitnymi owocami cziłcził. Owoce te miały kształt trzech połączonych ze sobą bokami kulek i były bardzo słodkie.
- Starsze roczniki rozpoczynają naukę dopiero w przyszłym miesiącu, ta trójka to najlepsi uczniowie akademii i mają teraz dodatkowe szkolenia przygotowujące do turnieju.
Kerija się skrzywiła. To że jeden z najlepszych uczniów czuł do niej niechęć mogło źle wróżyć na jej przyszłość. Nic już nie mówiąc zjadły szybko naleśniki i wyszły z sali, starając się uniknąć wzroku książąt. Na zewnątrz Enela z uśmiechem odwróciła się do dziewczyn.
- To co teraz porobimy?
Zanim którąkolwiek zdążyła się odezwać z góry dobiegło wołanie.
- Uwaga!
Kerija spojrzała w górę. Ostatnie co zobaczyła to zbliżający się do niej szybko jakiś kształt, a potem nastała już tylko ciemność.

Rozdział 4: Aisira



Aisira patrzyła na krwawiącego przed nią nais nie wiedząc co zrobić. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że powinna stąd jak najszybciej uciekać, ale serce mówiło, że nie może zostawić rannego proszącego ją o pomoc. Przeklnęła los, który dał jej moc uzdrawiania. Jedna osoba na sto rodziła się oprócz ze swoją sarią, z mocą uzdrawiania i Aisira była jednym z tych nieszczęśników. Uzdrowiciel nie był w stanie nikogo skrzywdzić, bo sam odczuwał wtedy ból. Aisira poświęciła wiele lat, aby ranienie innych nie sprawiało jej bólu, jednak odmówienie pomocy wciąż sprawiało jej trudność. Przeklinając pod nosem uklękła przy nais i obejrzała jego rany. Najwięcej ran było zadanych od miecza bądź innej ostrej broni, ale były też wyglądające na zadane rozgrzanym metalem. Były też liczne poparzenia i blizny. Dziewczyna była zaskoczona, że po otrzymaniu tylu ran wciąż żyje.
- Nie ruszaj się.
Na jej dłoniach pojawiły się świecące znaki, a kiedy dotknęła nais pojawiły się one również na całym jego ciele. Ranny jęknął, ale posłusznie nie poruszył się. Leczenie nie należało do najprzyjemniejszych, a im większy był obszar do uleczenia tym bardziej było ono bolesne. Aisira nie była pewna ile czasu zajęło jej leczenie, ale gdy skończyła, księżyc błyszczał już wysoko na niebie. Spojrzała na swojego pacjenta. Oczy miał mocno zaciśnięte, szybko oddychał, a na jego czole pojawiły się krople potu. Była to naturalna reakcja na taką ilość bólu.
- Dasz radę dojść do łóżka czy ci…
Nie skończyła mówić,  kiedy on się podniósł, ten nagły ruch przestraszył dziewczynę, która pisnęła. Nais nie zwracając na nią uwagi, wspomagając się skrzydłami dotarł do łóżka i ciężko na nie upadł. Kiedy przez dłuższą chwilę nie zrobił nic więcej Aisira powoli wstała z ziemi i podeszła do swojego nieoczekiwanego gościa. Ostrożnie wyciągnęła z pod niego pościel, co nie było wcale łatwe i przykryła go. Następnie położyła na stoliczku koło łóżka dwa pozostałe jej chleby i podeszła do części pomieszczenia służącego za kuchnię. Na ognistym kamieniu położyła garnek i napełniła go lodem. Gotowanie w ten sposób zajmowało trochę czasu, ale przynajmniej miała pewność, że woda, która powstanie z lodu będzie czysta i bez chorób. Wysłała odrobinę sari do kamienia ognistego, który natychmiast się rozgrzał. Upewniwszy się, że kamień jest dobrze zabezpieczony i nic od niego się nie zapali, skierowała się w stronę drzwi.
- Wrócę za chwilę, ty w tym czasie możesz posilić się chlebem.
Nais nie zareagował, nawet na nią nie spojrzał. Widząc go tak bezsilnego, coraz mniej się bała. Wzruszyła ramionami i wyszła. Polowanie nie zajęło długo. Miała tego dnia szczęście i szybko złapała w lesie trzy zające. Po drodze wzięła jeszcze parę warzyw z małego ogródka za chatką. Z wprawą oskórowała i wypatroszyła zwierzęta, a następnie weszła do chatki. Woda w garnku zaczęła się właśnie gotować, więc dorzuciła do niej warzywa i dwa zające, trzeciego zamroziła i schowała. Zadowolona z siebie odwróciła się w stronę łóżka i natychmiast się skrzywiła. Pacjent wykonał jej polecenie, jednak zjadł oba chleby nic jej nie zostawiając.
- Widzę, że musiałeś być naprawdę głodny.
Nie odpowiedział ale przynajmniej otworzył oczy i spojrzał na nią.

- Jestem Aisira. A ty?
Cisza przeciągała się w nieskończoność i nie sądziła, że odpowie.
- Arach.
Nagła odpowiedź wywołała uśmiech na jej twarzy. Czyli nais też posiadają imiona. Nie wiedziała za dużo o tych istotach, lecz ten nais pomimo strasznego wyglądu nie wydawał się chcieć jej skrzywdzić. Wykorzystała okazję, aby dokładnie mu się przyjrzeć. Miał długie, sięgające za barki nastroszone czarne włosy. Jego uszy były trochę podobne do ludzkich, ale bardzo szpiczaste. Miał jedno oko złote, a drugie czerwone, a źrenice zamiast okrągłych były w kształcie pionowej kreski. Na prawym policzku miał wyryte dwie linie, jedna pod drugą. Niższa linia była trochę krótsza od wyższej i widać było, że zostały zrobione specjalnie i starannie, na pewno nie otrzymał ich w walce. Skrzydła, przypominające kształtem nietoperze przyciskały pościel blisko jego ciała. Wyglądał trochę jakby mu było zimno. Po chwili zrozumiała dlaczego i przeklnęła się za głupotę. W chatce nie było palone od ponad roku, a zbliżała się zima i noce były coraz zimniejsze. Rany musiały go bardzo osłabić, a po leczeniu był bardzo wrażliwy na bodźce zewnętrzne. Jej osobiście nigdy nie było zimno, było to spowodowane zapewne przez sarie, którą władała lecz i za to była cena. Mogła spokojnie w zimie biegać boso po śniegu w cienkich ubraniach, ale za to w gorące dni czasami nie miała siły nawet wstać z łóżka. Było to trochę dziwne, ale już się przyzwyczaiła, a las w którym znajdowała się chatka choć trochę chronił ją w lecie przed gorącym słońcem. Szybko wyszła na zewnątrz i skierowała się na tył domu. Poprzedni właściciel zostawił tam ładny stosik porąbanego drewna, zanim umarł. Dziewczyna zabrała trochę drewna i wróciła do środka. Czuła na placach wzrok Aracha, co ją trochę stresowało, w końcu on był potworem, a ona nie miała na sobie zbroi tylko cienki, skąpy strój. Po ułożeniu drewna w kominku wzięła do ręki odłamek ognistego kamienia i napełniając go sarią rzuciła pomiędzy drewno. Po kilku minutach ogień zapłonął, a Aisira szybko się odsunęła, nie przepadała za płomieniami.
- Za chwilę powinno zrobić się cieplej, a teraz….
Nalała bulionu z garnka do kubka i położyła przy łóżku, cały czas starając się nie patrzeć na pacjenta.
- …wypij to, powinno cię szybko rozgrzać. Zaraz dam ci jeszcze zająca, ale po leczeniu nie powinieneś za dużo jeść, a więcej pić.
Znowu nie odpowiedział, ale szybko wypił napój i podał jej kubek. Zauważyła, że szpony zniknęły, ale to nie powstrzymało wzdrygnięcia, gdy przypadkiem dotknęła jego palców jak odbierała kubek. Kolejny raz stwierdziła, że musiał być bardzo głodny. Oprócz zjedzenia zająca wypił prawie cały garnek bulionu, oddała mu nawet połowę swojego zająca. Dopiero po najedzeniu się widocznie się odprężył i zasnął. Aisira dopiero teraz mogła się odprężyć i przemyśleć całą sytuację. Pomimo początkowego zaskoczenia nais widocznie wiedział, że jest uzdrowicielką i że mu pomoże, ale skąd? Według tego co przed śmiercią opowiadała jej matka, wiele wieków temu okropne i obrzydliwe stwory zwane nais żyły pomiędzy ludźmi i inri. Istoty te atakowały zawsze po zachodzie słońca, dlatego wieczorami mieszkańcy miast i wiosek zamykali się w domach a zaproszenia na spotkania po zmroku traktowali z podejrzliwością, ponieważ gdy nais pożerał swoją ofiarę przejmował jej wygląd i wspomnienia, dzięki czemu mógł zwabiać kolejne ofiary. Aisira jeszcze raz spojrzała na swojego pacjenta. Czy to co widzi to jego prawdziwa postać czy skradziony wygląd? I czy imię Arach jest jego, czy jego ostatniej ofiary? Poczuła nagłą potrzebę ucieczki. Jeśli to wszystko prawda właśnie uleczyła swojego przyszłego zabójce. Szybko pobiegła w stronę drzwi chcąc jak najszybciej wydostać się z chatki, ale potknęła się uderzyła w drzwi. Masując obolałą głowę i ze złością spojrzała na to co przeszkodziło jej w ucieczce. To był ogon Aracha. Głupia w ucieczce przebiegła koło łóżka nie zauważając że spod pościeli na ziemi wystaje ogon jej pacjenta. Odruchowo złapała się za stopę dopiero po chwili uświadamiając sobie że na ogonie nie ma już kolców. Nais się nie obudził, skrzywił się tylko i zaczął niespokojnie przewracać się z boku na bok. Widocznie przez nią jego sen zmienił się w koszmar. Odetchnęła z ulgą i wstała naciskając klamkę…i nic. Drzwi ani drgnęły. Po chwili siłowania się z nimi z rezygnacją stwierdziła że jest uwięziona we własnym domu. Jedyną drogą ucieczki było jeszcze okno lecz żeby się do niego dostać musiałaby przejść po leżącym na łóżku nais a nie miała zamiaru aż tak ryzykować. Usiadła na ziemi opierając się plecami o drzwi. Pacjent był coraz bardziej niespokojny więc zarzucił cicho jedną z kołysanek które znała.
- Lala lila lala lila 
Księżyc dziecię swe otula 
Zaśnij dziecię, księżyca blask 
Ucieszy przeszłości głosów wrzask 
Lala lila lala lila 
Księżyc dziecię swe otula 
Zamknij dziecię swe oczęta 
Niech uśpi cię piosenka ta 
Lala lila lala lila 
Księżyc dziecię swe otula 
Niech przyśnią ci się piękne sny 
Niech odegnają obraz tej wojny 
Lala lila lala lila 
Księżyc dziecię swe otula.
Arach uspokoił się i znów słyszała jego spokojny oddech.
Aisira zmęczona powoli usypiała. Przed snem wyszeptała jeszcze do siebie.
- Świetnie, jutro umrę. 

Rozdział 3: Linli



Linli z radością wbiegła do swojej komnaty. Udało jej się dostać lodową różę! Wciąż nie mogła zapomnieć tych zazdrosnych spojrzeń mijanych kobiet, gdy wracała z kwiatem do domu. Lubiła oglądać taniec Aisiri przy fontannie, w pałacu nigdy nie widziała inri, a białowłosa była taka niezwykła. Linli chciała podejść do dziewczyny i się zapoznać, ale zawsze brakowało jej odwagi. Nigdy nie miała przyjaciół i nie wiedziała jak ich zdobyć. Była pomyłką rodziców, dlatego trzymali ją w odosobnieniu. Jako jedyna w rodzinie nie umiała posługiwać się saria, przez co przynosiła wstyd rodzinie. Jej bracia zaczynali tego dnia rok szkolny w Akademii Naso, obaj świetnie władali sarią ognia, a ona pozostała sama w tym pałacu. Rodzice się jej wstydzili, a starsza siostra, również władająca sarią ognia, gardziła nią. Rzadko z kimkolwiek rozmawiała a pałacowa służba omijała ją z daleka. Jej starszy brat Res powiedział że rodzice planują kupić jej na urodziny parę niewolników którzy będą mieli obowiązek przesiadywać z nią w wierzy, mimo wszystko ostatecznie była ich córką którą planowali w przyszłości wydać za mąż aby zwiększyć swoje powiązania polityczne. Jej drugi brat, Miren, śmiał się że rodzice stwierdzili że zbyt długie przebywania w samotności może wywołać u niej szaleństwo. Bardzo za nimi tęskniła. Res wyjechał do akademii trzy lata temu i wracał do zamku tylko na święta i ważne wydarzenia, a Miren pomimo że wyjechał dopiero dwa dni temu i tego dnia miał uroczyste rozpoczęcie, przygotowywał się do tego od wielu miesięcy i nie miał dla niej zbyt wiele czasu. Nagle drzwi się otworzyły i stanęła w nich jej starsza siostra Wiwi.
-Przyszłam ci tylko powiedzieć, że odwiedza nas delegacja z królestwa Ziemi i rodzice prosili...
Na widok nadziei w fiołkowych oczach Linli, księżniczka Wiwi skrzywiła się.
-...żebyś nie wychodziła i nie przeszkadzała.
Następnie starsza księżniczka z uśmiechem satysfakcji zatrzasnęła drzwi. Linli westchnęła smutno. Od lat rodzice kazali jej siedzieć samej w pokoju na wieży. Jej komnata nie była mała, miała tu wielkie łoże, wiele szaf z pięknymi ubraniami, skrzynek z biżuterią i toaletkę z wielkim lustrem. Jednak czuła się tu samotnie. Dlatego każdego wieczora udawała się do miasta. Dziewczyna była pewna, że rodzice przymykali oko na jej wyprawy do miasta, ponieważ mieli nadzieję, że kiedyś nie wróci. Z rezygnacją uwolniła swoje złote włosy z warkocza i zawiesiła czerwoną pelerynę na drzwiach szafy, a następnie usiadła przy oknie. Delikatnie muskając lodową różę wpatrywała się w miasto poniżej.
-Może jutro uda mi się zdobyć przyjaciółkę? 

Rozdział 2: Kerija



Słońce leniwie wznosiło się ku górze oświetlając pole bitwy. Niegdyś piękny, biały śnieg teraz skrzył się szkarłatem. Mroźny wiatr niósł ze sobą zgrzyt uderzanych o siebie mieczy i krzyki nieszczęśników, których ciała były właśnie rozrywane przez potężne pazury bądź ostre kły. Powietrze aż iskrzyło się od uwalnianej z placu bitwy sarii. Kerija podnosiła właśnie miecz, aby zadać kolejny cios, a jej złota zbroja lśniła w słońcu. Wciąż była atakowana przez nowe bestie, potwory, które zagrażały pokojowi na Tesaros. Wzmocniła swoją sarie i otoczyła miecz płomieniami, a następnie zadała cios. Potwór przed nią padł z wrzaskiem na ziemię. Kerija spojrzała na wzniesienie i wykrzywiła usta ze złości. Stał tam ten lisi bękart w białej zbroi ze swoim potwornym kundlem. Jego demoniczna armia walczyła, a on- białowłosy przywódca nie ruszył nawet palcem. Nagle dostrzegła, jak jeden z jej wojowników zbliża się z podniesionym mieczem do lisiej kreatury. Z uśmiechem odwróciła się i w ostatniej chwili uniknęła uderzenia miecza. Widząc kto jest jej przeciwnikiem przeklnęła. Nie pamiętała kim on był, ale wiedziała że jest bardzo niebezpieczny.
-Już chcesz się ze mną mierzyć demonie?
Przeciwnik zamiast odpowiedzieć zasyczał przenikliwie, rozłożył złowieszczo skrzydła i.....
Głośne bicie dzwonów wyrwało Kerije ze snu. Głośne dzwony Akademii Naso mogły obudzić umarłego, więc nie miały problemu z pobudką uczniów. Kerija ze złością nakryła głowę poduszką, nienawidziła porannych pobudek. Pochodziła z bogatej rodziny i w domu pozwalano jej się wysypiać do południa. Gdy dzwony zabiły ponownie, z ociąganiem podniosła się z łóżka. To był jej pierwszy dzień w Akademii i cieszyła się z tego, jednak pobudka o wschodzie słońca nie przypadła jej do gustu. Spojrzała na zawieszony na drzwiach mundurek. W Akademii obowiązywały dwa mundurki, jeden na co dzień, a drugi do ćwiczeń w posługiwaniu się sarią. Na uroczyste rozpoczęcie roku musiała ubrać codzienny mundurek, składał się on z czerwonej sukienki do kolana i białego bolerka z wyszytym herbem szkoły. Mundurki pasowały kolorem do herbu szkoły, który składał się z wielkiego czerwonego ptaka z rozpostartymi skrzydłami, trzymającego w szponach koronę. W krainie Tesaros było pięć takich akademii, po jednej w każdym królestwie i wszystkie mały takie same herby, które różniły się barwą ptaków. Kolor ptaka odpowiadał żywiołowi, którym posługiwała się rodzina królewska. Kerija kolejny raz się skrzywiła.
-Te mundurki są strasznie nudne.
Z tęsknotą pomyślała o swoich kolorowych sukienkach ,które musiała zostawić w domu i z niechęcią założyła mundurek. Sięgnęła po wstążkę i szybko przewiązała swoje niesforne, ognistorude włosy. Dzwon rozbrzmiał po raz trzeci przypominając uczniom, że mają natychmiast udać się na aule. Kerija szybko wybiegła z pokoju nie mając zamiaru spóźnić się już pierwszego dnia. Jednak przy skręceniu w boczny korytarz uderzyła w coś i upadła. Spojrzała na co wpadła i na jej twarzy zamiast złości pojawił się zachwyt. Przed nią stał jedyny powód, dzięki któremu pójście do tej szkoły nie było takim złym pomysłem, książę Miren. Uwielbiała go odkąd rok temu pierwszy raz zobaczyła go w pałacu. Tak jak ona miał 17 lat, brązowe do ramion włosy i ciemno brązowe oczy, a z jego ust rzadko znikał uśmiech. Patrzył na nią zaskoczony i powoli wyciągnął w jej stronę rękę.
-Wszystko w porządku?
Kerija nie zareagowała, tylko dalej się w niego wpatrywała. Dopiero, gdy książę odchrząknął zorientowała się, jak głupio to musi wyglądać, książę stał z wyciągniętą ręką, a ona jak skończona idiotka siedząc na ziemi tylko się w niego wpatrywała. Szybko złapała jego dłoń i wstała zakłopotana.
-Tak, bardzo przepraszam. Nie chciałam się spóźnić pierwszego dnia.
Jej słowa uświadomiły im, że dzwony przestały już bić. Oboje nic już nie mówiąc rzucili się biegiem w stronę auli. Gdy wbiegli na salę, profesorów na szczęście jeszcze nie było. Szybko zajęli jedyne wolne miejsca w pierwszych rzędach, Kerija po prawej stronie wśród dziewczyn, a Miren po lewej, wśród chłopców. Kerija nie zdążyła usiąść na swoim miejscu, gdy drzwi się otworzyły i do auli weszli profesorowie, a wszyscy uczniowie automatycznie wstali. Dziewczynie aż zaparło dech, ich wielką sarie można było wręcz wyczuć. Czterdziestu profesorów zajęło swoje miejsca w rzędzie naprzeciwko uczniów, a dyrektor wyszedł na podwyższenie. Był to stary mężczyzna, około osiemdziesięcioletni, miał krótko ścięte siwe włosy, a jego oczy pomimo uśmiechu na twarzy pozostawały poważne.
-Witam drogich uczniów w Akademii Naso. Jak zapewne już wiecie, przybyliście tu, aby szkolić się w posługiwaniu sari, jednak nauczycie się również dyscypliny i walki, a także poznacie historię naszej wspaniałej krainy. W akademii każdy nowy uczeń jest sobie równy, nie ważne czy urodziłeś się żebrakiem czy księciem, tutaj na swoją pozycję musisz sobie zapracować. Czy to jasne?
Kerija nie sądziła, że ktokolwiek odważy się odpowiedzieć jednak rozległo się parę głosów.
-Oczywiście dyrektorze, tutaj nie więzi krwi dają ci władzę, a siła.
Dziewczyna jak większość osób na Sali spojrzała skąd dochodził głos. W specjalnej loży ponad uczniami siedziała trójka uczniów przyglądających się z ciekawością nowym uczniom. Tym, który wypowiedział te słowa i teraz uśmiechał się kpiąco był nie kto inny jak książę Res, starszy brat księcia Mirena. W przeciwieństwie do swojego młodszego brata miał on odziedziczone po ojcu blond włosy i niebieskie oczy. Po prawej stronie księcia stał powód dla którego Kerija nie chciała iść do akademii, jej były chłopak Mateon. Krótkowłosy szatyn uśmiechał się z wyższością i patrzył prosto na nią. Dziewczyna szybko przeniosła spojrzenie na chłopaka po lewej stronie księcia i aż szerzej otworzyła oczy.
-Inri? Niemożliwe!
Nie tylko ona nie mogła w to uwierzyć, w całej sali słychać było szepty zaskoczonych uczniów. Chłopak stojący obok księcia miał uszy takie jak mają inri i patrzył na nowych uczniów zimnym spojrzeniem przepełnionym pogardą. Dziewczyna stojąca obok Keriji skrzywiła się.
-Jak to możliwe, że jest tutaj inri? To nie możliwe! Oni są za słabi, nie mają prawa tu być!
Głos dziewczyny ociekał wręcz obrzydzeniem. Widać było, że chciała coś jeszcze powiedzieć, ale głos dyrektora uciszył wszystkie szepty.
-Cieszę się Res za twoje zaangażowanie w ceremonię...
Wszyscy zesztywnieli zaskoczeni, że dyrektor odważył się nazwać księcia po imieniu, bez jego tytułu.
-....ale teraz kontynuując. Każdy z was kolejno podejdzie do Kamienia Miary i użyje swojej sarii. Kamień określi na jakim poziomie jest wasza saria i na tej podstawie zostaniecie przydzieleni do klas. Pomiar będzie odbywał się co miesiąc, aby sprawdzić wasze postępy.
Pierwszy do kamienia podszedł książę Miren. Gdy go dotknął, kamień stanął w płomieniach a po chwili na jego gładkiej powierzchni pojawiła się cyfra cztery. Miren uśmiechnął się i wrócił na miejsce, a w Sali rozległy się brawa. Po nim poszedł następny chłopak. Oprócz Mirena tylko parę osób miało sarie na poziomie czwartym, przeważały poziom drugi i trzeci. Kiedy w końcu nadeszła jej kolej, Kerija z uśmiechem stworzyła wielki płomień i skierowała go na kamień. Na powierzchni Kamienia Miary rozbłysła cyfra cztery. Jednak zamiast rozbrzmieć brawa jak działo się to wcześniej, gdy ktoś miał poziom czwarty, na sali zapadła absolutna cisza. Kerija przestraszona rozejrzała się po sali, wszyscy wpatrywali się w nią byli zaskoczeni. Nagle otoczyły ją płomienie zamykając ją w kręgu, nie należały do niej, bo nie mogła ich kontrolować. Spojrzała na księcia Mirena, ale był zbyt zaskoczony, aby te płomienie należały do niego. Przeniosła spojrzenie na księcia Resa, to on. Wpatrywał się w nią wrogo a jego ton był lodowaty.
-Kim ty jesteś?